nasze media Najnowszy numer MGN 05/2018

Wasz Franek fałszerz

dodane 22.03.2018 11:16

Dramat w pejzażu

Jak się mówi o kimś „romantyczny”, to się myśli, że taki ktoś jest raczej odrealniony. Snuje się, wzdycha, gapi się w niebo, pod nogi nie patrzy, zaraz się wywali. Jest coś takiego, nie?

znajdź fałszerstwo

Ale po prawdzie to ja takich ludzi na żywo nigdy nie widziałem. Na martwo zresztą też nie. Pewnie dlatego, że takich „romantyków” to właściwie nie ma. Był, owszem, romantyzm, taki kierunek w literaturze i sztuce, ale jego przedstawiciele potrafili chodzić po ziemi – tyle że zauważali na tej ziemi różne ładne rzeczy, których nie dostrzegali inni. Taką mieli wrażliwość. Myślicie, że piszę o tym dlatego, że ten tu obraz jest romantyczny. No, trochę tak, ale nie całkiem. Amerykański malarz Thomas Moran namalował go w 1868 roku, a to już było po romantyzmie. Ale artysta czerpał natchnienie z tego minionego już romantyzmu – więc ma coś z romantyzmu. Grupa amerykańskich malarzy, którzy tak się właśnie tym romantyzmem „natychali”, utworzyła ruch artystyczny o nazwie Hudson River School. Nazwa wzięła się, jak się domyślacie, od rzeki Hudson i okolic, najczęściej górskich, w których malowali pejzaże. Bardzo ładne pejzaże, bo też trzeba przyznać, że te strony są tam nadzwyczaj piękne. Potężne wodospady, wyniosłe skały, nieprzebyte puszcze, gęste lasy… No, jest co oglądać. Pejzaże te były jeszcze bardziej w cenie, gdy fotografia, zwłaszcza kolorowa, była słabo dostępna. Obrazy Thomasa Morana miały tak wielkie znaczenie, że wpłynęły na powstanie w 1872 roku Parku Narodowego Yellowstone – pierwszego takiego obszaru w Stanach Zjednoczonych. Obrazy, które tam namalował, zapewniły mu bogactwo i popularność. Dwa z nich kupił od niego Kongres USA za 20 tys. dolarów, co wtedy było sumą olbrzymią. Dzięki temu mógł sobie pozwolić na podróż do Europy, a nawet na taką fanaberię jak sprowadzenie do Ameryki gondoli z Wenecji (oczywiście nie przepłynął na niej oceanu – wzięli ją na statek). Ten obraz, który tu widzicie, powstał trzy lata przed wyprawą do Yellowstone. Wziąłem na warsztat akurat ten, bo zainteresowała mnie jego tematyka – wielkopostna właściwie. To swoista ilustracja do jednej z najbardziej poruszających scen w Biblii: ofiarowania Izaaka. Była to prorocza zapowiedź innej ofiary, którą wiele lat później poniesie nasz Zbawiciel. Postacie Abrahama i jego syna są tu niewielkie, jakby stanowiły część krajobrazu – i to krajobrazu właśnie amerykańskiego. W okolicy Jerozolimy, gdzie ta historia miała miejsce, nie ma tak wysokich gór. Ale to nieważne – istotne jest to, co się wtedy tam stało: Abraham zaufał Bogu tak bardzo, że gotów był poświęcić dla Niego nawet swojego syna. Ale, jak wiemy, powstrzymał go anioł. Na obrazie widać tego anioła unoszącego się na wprost Abrahama. Jest słabo dostrzegalny, bo choć jest nie mniejszy od postaci patriarchy, to ze względu na kolory, w jakich został namalowany, prawie wtapia się w tło. Cały obraz wygląda sielankowo, choć to, co wtedy przeżywał Abraham, sielankowe nie było. Ale tak to właśnie jest, że świat takich rzeczy nie widzi. Gdy umierał Jezus, też świeciło słońce i prawie nikt na świecie nie wiedział, że dzieje się coś najważniejszego w dziejach całego kosmosu. Ten obraz też o tym mówi: wielkie zdarzenie, którego prawie nie widać. Ale tak działa Bóg – nie potrzebuje fajerwerków. Ludzie w swoim czasie dowiedzą się o wszystkim, co ważne. W obrazie jest 7 fałszerstw. Powodzenia.

Ofiarowanie Izaaka, 1868, Thomas Moran (1837-1926)

« 1 »
oceń artykuł

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    Cybernat2000
    ostatnia aktywność: 25.04.2018
    łączna liczba komentarzy: 12
  • 2
    wierzchowskijan49
    ostatnia aktywność: 25.04.2018
    łączna liczba komentarzy: 13
  • 3
    Mikotka
    ostatnia aktywność: 25.04.2018
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 4
    szymon2008
    ostatnia aktywność: 07.04.2018
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 5
    matkson5
    ostatnia aktywność: 29.03.2018
    łączna liczba komentarzy: 3