Wspomnieniami z tego czasu w najnowszym "Małym Gościu" dzieli się ks. Tomasz Jaklewicz.
- Byłem wtedy na placu św. Piotra, ludzie mieli w rękach zapalone świece i wszyscy wpatrzeni byli w papieskie okna. To było ogromne doświadczenie modlitwy przy umierającym papieżu. Czuliśmy się tak, jakbyśmy wszyscy stali przy jego łóżku. Na plac nie przyszli gapie, czy ludzie szukający jakiejś sensacji tylko ci, którzy byli autentycznie przejęci zdrowiem papieża, po tylu latach jego wyjątkowego pontyfikatu. W końcu przyszedł najważniejszy i najtrudniejszy moment: papież odszedł do domu Ojca - wspomina ks. Tomasz.
Ks. Tomek w Rzymie był jako dziennikarz oraz jako kapłan. Ludzie podchodzili do niego i prosili o spowiedź. Nasz dziennikarz był wtedy świadkiem wielu nawróceń i świadectw związanych z papieżem Polakiem.
Tuż po śmierci Jana Pawła II na placu św. Piotra zapadła głęboka cisza. Słychać było tylko szum fontann. - Ta cisza trwała dłuższą chwilę. Zauważyłem wtedy, że ludzie zaczęli się do siebie tulić. To było bardzo ciekawe. Potem zaczęli dzwonić komórkami do swoich bliskich, ale sieci szybko wysiadły. Ja też zadzwoniłem wtedy do mamy. Mieliśmy potrzebę dzielić ten smutek z innymi. Po tej ciszy rozległy się oklaski. Z początku nieśmiałe, bo nikt nie wiedział jak ma zareagować - wspomina dalej ks. Jaklewicz.
Cały artykuł w najnowszym "Małym Gościu".