Kościół, boisko, las

dodane 18.05.2017 11:03

Rozmawiał Piotr Sacha

MGN 01/2017 |

O obozach w lesie, grze pod bramką i pod koszem opowiada Piotr Sobczyński, były ministrant w parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie.

Kościół, boisko, las   Piotr Gamdzyk /REPORTER/east news

Mały Gość: Okres Bożego Na- rodzenia – ministranci chodzą po kolędzie... Wędrował Pan z kredą, dzwonkiem i skarboną?

Piotr Sobczyński: W naszej parafii nie było takiego zwyczaju, żeby ministranci razem z księdzem odwiedzali wiernych. W Warszawie to rzadkość. Mieliśmy za to własne „kolędy”. To znaczy roznosiliśmy po domach różnego rodzaju zawiadomienia parafialne, również te związane z kolędą.

Jak został Pan ministrantem?

Dosyć... typowo. Na spotkanie ministranckie zaprowadziła mnie babcia. Chodziłem wtedy do trzeciej klasy. A po raz ostatni służyłem w trzeciej liceum. Wielką rolę odegrał też nasz ksiądz, który miał wielki dar słowa.

Jeździł z Wami na obozy?

Tak! Służyłem w parafii mariańskiej. To dlatego latem najczęściej jeździliśmy na obozy do Lichenia. Tam też pracują księża marianie. Licheń położony jest nad jeziorem, niedaleko lasu. Tam rozbijaliśmy swój obóz, taki trochę harcerski. Dużo sportu i dużo przygód.

To znaczy, że w Licheniu zna Pan każdy kąt…

Może nie każdy... Służyłem w latach 80. XX wieku. Największa w Polsce bazylika powstała wiele lat później. Na pewno stary kościół i jego okolice budzą we mnie ciepłe wspomnienia.

Czy ministranci z kościoła mariańskiego byli groźni na boisku?

Graliśmy w piłkę regularnie! W wakacje podczas obozów, a w roku szkolnym na boisku. Zawsze razem z księżmi. Co ciekawe, grali wszyscy ministranci, obojętnie, czy ktoś umiał grać dobrze, czy nie najlepiej.

A Pan do której grupy należał?

Nie zawsze mogłem iść na ministrancki trening, bo ćwiczyłem koszykówkę. Dzięki temu byłem sprawny i nie miałem problemu, by odnaleźć się na piłkarskim boisku z bramkami. Zresztą w piłkę grałem też z kolegami z podwórka. Nieustannie i gdzie to tylko było możliwe. (śmiech)

Ministrant Piotrek grał w napadzie czy w obronie? A może komentował mecze kolegów?

Na pewno nie komentowałem gry. Wtedy wszyscy mieli duuużo do powiedzenia na boisku. (śmiech) Grałem na każdej pozycji. Ciągnęło mnie z piłką do przodu... Ale ustawiano mnie często w obronie, bo byłem wyższy od rówieśników.

Jak długo trwała koszykarska pasja?

Grałem na studiach, a nawet jeszcze później. Występowałem w kilku ligach amatorskich. Ostatni raz pod koszem pojawiłem się jakieś trzy lata temu. W pewnym momencie granie w kosza połączyło się z komentowaniem tego sportu w telewizji, między innymi podczas igrzysk olimpijskich.

A przy ołtarzu miał Pan jakieś zadania specjalne?

Pamiętam wielkie ministranckie zadania, na przykład podczas Triduum Paschalnego czy procesji Bożego Ciała. Wszystko było rozpisane na role, długo ćwiczone, omawiane na specjalnych zbiórkach. Poza tym liczyła się codzienna służba. Plan był taki, żeby na żadnej Mszy nie zabrakło ministranta.

Spotyka Pan czasem dawnych kolegów?

Wielu w pewnym momencie zupełnie straciłem z oczu. Raz jednego spotkałem podczas podróży. Inny został profesorem teologii i teraz pracuje na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Kilku chłopaków zostało księżmi.

Czy służba wpłynęła na Pana dorosłe życie?

Spędzanie czasu wśród ministrantów, wśród ludzi o dobrych wartościach, na pewno miało wpływ na to, kim jestem teraz, jakim jestem człowiekiem. A poza tym rozumiem, co dzieje się przy ołtarzu. Na przykład wiem, co oznaczają znaki towarzyszące obrzędom Triduum Paschalnemu.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Kościół, boisko, las

dodane 18.05.2017 11:03

Rozmawiał Piotr Sacha

MGN 01/2017 |

O obozach w lesie, grze pod bramką i pod koszem opowiada Piotr Sobczyński, były ministrant w parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie.

Kościół, boisko, las   Piotr Gamdzyk /REPORTER/east news

Mały Gość: Okres Bożego Na- rodzenia – ministranci chodzą po kolędzie... Wędrował Pan z kredą, dzwonkiem i skarboną?

Piotr Sobczyński: W naszej parafii nie było takiego zwyczaju, żeby ministranci razem z księdzem odwiedzali wiernych. W Warszawie to rzadkość. Mieliśmy za to własne „kolędy”. To znaczy roznosiliśmy po domach różnego rodzaju zawiadomienia parafialne, również te związane z kolędą.

Jak został Pan ministrantem?

Dosyć... typowo. Na spotkanie ministranckie zaprowadziła mnie babcia. Chodziłem wtedy do trzeciej klasy. A po raz ostatni służyłem w trzeciej liceum. Wielką rolę odegrał też nasz ksiądz, który miał wielki dar słowa.

Jeździł z Wami na obozy?

Tak! Służyłem w parafii mariańskiej. To dlatego latem najczęściej jeździliśmy na obozy do Lichenia. Tam też pracują księża marianie. Licheń położony jest nad jeziorem, niedaleko lasu. Tam rozbijaliśmy swój obóz, taki trochę harcerski. Dużo sportu i dużo przygód.

To znaczy, że w Licheniu zna Pan każdy kąt…

Może nie każdy... Służyłem w latach 80. XX wieku. Największa w Polsce bazylika powstała wiele lat później. Na pewno stary kościół i jego okolice budzą we mnie ciepłe wspomnienia.

Czy ministranci z kościoła mariańskiego byli groźni na boisku?

Graliśmy w piłkę regularnie! W wakacje podczas obozów, a w roku szkolnym na boisku. Zawsze razem z księżmi. Co ciekawe, grali wszyscy ministranci, obojętnie, czy ktoś umiał grać dobrze, czy nie najlepiej.

A Pan do której grupy należał?

Nie zawsze mogłem iść na ministrancki trening, bo ćwiczyłem koszykówkę. Dzięki temu byłem sprawny i nie miałem problemu, by odnaleźć się na piłkarskim boisku z bramkami. Zresztą w piłkę grałem też z kolegami z podwórka. Nieustannie i gdzie to tylko było możliwe. (śmiech)

Ministrant Piotrek grał w napadzie czy w obronie? A może komentował mecze kolegów?

Na pewno nie komentowałem gry. Wtedy wszyscy mieli duuużo do powiedzenia na boisku. (śmiech) Grałem na każdej pozycji. Ciągnęło mnie z piłką do przodu... Ale ustawiano mnie często w obronie, bo byłem wyższy od rówieśników.

Jak długo trwała koszykarska pasja?

Grałem na studiach, a nawet jeszcze później. Występowałem w kilku ligach amatorskich. Ostatni raz pod koszem pojawiłem się jakieś trzy lata temu. W pewnym momencie granie w kosza połączyło się z komentowaniem tego sportu w telewizji, między innymi podczas igrzysk olimpijskich.

A przy ołtarzu miał Pan jakieś zadania specjalne?

Pamiętam wielkie ministranckie zadania, na przykład podczas Triduum Paschalnego czy procesji Bożego Ciała. Wszystko było rozpisane na role, długo ćwiczone, omawiane na specjalnych zbiórkach. Poza tym liczyła się codzienna służba. Plan był taki, żeby na żadnej Mszy nie zabrakło ministranta.

Spotyka Pan czasem dawnych kolegów?

Wielu w pewnym momencie zupełnie straciłem z oczu. Raz jednego spotkałem podczas podróży. Inny został profesorem teologii i teraz pracuje na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Kilku chłopaków zostało księżmi.

Czy służba wpłynęła na Pana dorosłe życie?

Spędzanie czasu wśród ministrantów, wśród ludzi o dobrych wartościach, na pewno miało wpływ na to, kim jestem teraz, jakim jestem człowiekiem. A poza tym rozumiem, co dzieje się przy ołtarzu. Na przykład wiem, co oznaczają znaki towarzyszące obrzędom Triduum Paschalnemu.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |