nasze media Najnowszy numer MGN 10/2017

Adam Śliwa

|

MGN 06/2013

dodane 19.09.2013 11:23

Krzyczące orły

Spadali na wroga prosto z nieba. Jak orły. Najsłynniejszą amerykańską jednostkę z symbolem orła można spotkać też w Polsce.

S amolot cicho mruczy, jego kołysanie powoli usypia niektórych spadochroniarzy. Większość jednak nerwowo spogląda w ciemną noc. Obok kilkadziesiąt innych maszyn też sunie w kierunku Francji. Nagle błysk, a samolotem wstrząsa huk. Niemiecka artyleria wita zbliżających się żołnierzy. W drzwiach zapala się czerwona lampka. Do skoku zostało już tylko kilka chwil.

Filmy i wspomnienia

Dzięki popularności gier komputerowych i filmu „Szeregowiec Ryan” czy serialu „Kompania Braci” jest w Polsce kilka grup rekonstrukcyjnych, odtwarzających armię amerykańską. Pierwszą, która zajęła się spadochroniarzami była GRH 101 Airborne. – Odtwarzanie armii amerykańskiej z II wojny światowej jest niezwykle ciekawe – mówi Marcin Macenowicz, dowódca plutonu. – Nas też trochę inspirowały filmy, ale i wspomnienia uczestników walk – dodaje. – Sprzęt amerykański z tamtego czasu nie powstaje w Stanach Zjednoczonych, ale w... Pakistanie – śmieją się rekonstruktorzy. Odtwarzanie spadochroniarzy to oprócz zbierania sprzętu i nauki regulaminów również musztry i szkolenia. – Część osób z naszej grupy wyjeżdża na specjalne obozy do Czech, gdzie spadochroniarze skaczą ze spadochronów desantowych, takich jak w czasie wojny. Koledzy, którzy skoczą 3 razy, na mundurach noszą skrzydełka spadochroniarskie – tłumaczy sierżant Marcin Macenowicz. Co ciekawe, współczesna 101. dywizja armii USA nie szkoli się już w skokach na spadochronach, tylko w desantach ze śmigłowców.

60 kg na plecach

Jump master, czyli żołnierz odpowiedzialny za skok, wydaje komendę, by powstać i przypiąć linki spadochronu do stalowej szyny na stropie samolotu. – Dzięki niej podczas skoku spadochron zostanie wyciągnięty z plecaka i rozwinie się – tłumaczą spadochroniarze. Dlatego każdy sprawdza sprzęt kolegi i jednocześnie wpatruje się w czerwoną lampkę przy drzwiach. Samolotem trzęsie coraz bardziej, odłamki pocisków dziurawią burty. Obok trafiona maszyna z hukiem spada i rozbija się o ziemię. Zapala się zielona lampka. Żołnierze jeden po drugim wyskakują w ciemną i cichą noc. Dywizje spadochronowe walczyły za liniami wroga często nawet kilka dni. Dlatego większość sprzętu i zaopatrzenia żołnierze brali ze sobą. – To było nawet 60 kg wyposażenia – opowiada Marcin Wielach, amunicyjny karabinu maszynowego. – Czasem z trudem wchodzili do samolotu. Po skoku byli już lżejsi o spadochron. Nie każdy nadawał się na spadochroniarza, dlatego szkolono ich dłużej niż piechotę. Żołnierze powietrznodesantowi uważali się za elitę. Podkreślali to też w wyglądzie. – Każdy miał hełm – mówi dalej Marcin. – Trochę inny niż piechota, bo dobrze musiał trzymać się w czasie skoku. Na szyi często wiązali apaszki z kawałka spadochronu, które chroniły szyję przed otarciem. Mundur też mieli inny, specjalnie dla nich zaprojektowany jump suit. Równie ważne były buty. Czasem nawet, gdy nosił je żołnierz, który nie był spadochroniarzem, dochodziło do bójek.

Klik

Pękate czasze spadochronów spadają powoli w dół, kołysząc się na boki. Po chwili mocne szarpnięcie wywraca na ziemię. Nóż, który każdy spadochroniarz ma za kołnierzem, pozwala szybko wyplątać się z linek. W worku przywiązanym linką do nogi ma broń i zaopatrzenie. Na szczęście tym razem się nie urwał. W pobliżu pojedyncze grupy próbują zebrać się w większe oddziały i wykonać zadanie. Mają zabezpieczyć podejścia do plaż. Za kilka godzin będą tu lądować sprzymierzeni. W większości wspomnień żołnierze pamiętają, że bojowy skok był mocnym przeżyciem. – Skakali w nocy pod ogniem, a na ziemi zupełnie się zagubili – tłumaczy Marcin Macenowicz. – Żołnierz na ziemi miał sporo sprzętu: ładownice i bandoliery z amunicją do karabinów i do pistoletów maszynowych. Do tego jeszcze w specjalnych torbach amunicja do bazook, karabinów maszynowych i moździerzy. Poza tym plecak, łopatka, bagnet, czasem nóż, granaty, manierka z wodą i lina. W czasie desantu w Normandii spadochroniarzom wydano także klikacze. Dzięki nim można było porozumieć się, czy spotkany w ciemności żołnierz to swój czy wróg.

D day – 6 czerwca 1944 roku

Od 1940 roku północna Francja była pod okupacją niemiecką. 6 czerwca 1944 roku ruszyła największa operacja desantowa w historii. Na plażach Normandii, w północnej Francji, zaczęły lądować dywizje amerykańskie, brytyjskie i kanadyjskie. Wspierały je potężna flota i lotnictwo. W nocy, kilka godzin wcześniej, za liniami niemieckimi lądowali spadochroniarze i piechota szybowcowa. W sektorze amerykańskim były to dywizje powietrznodesantowe 82. i 101. Miały zabezpieczyć podejścia do plaż i przeszkadzać posiłkom Niemców. Mimo strasznego rozproszenia, chaotycznych ataków, spadochroniarze angażowali duże siły Wehrmachtu, który nie wiedział, gdzie dokładnie atakować. Pierwszego dnia operacji na teren Francji przerzucono 24 tys. spadochroniarzy i piechoty szybowcowej, a desantem morskim 130 tys. żołnierzy. Walki w Normandii ciągnęły się wiele tygodni i zakończyły się katastrofą niemieckiej armii w kotle pod Falaise, gdzie swój ważny udział miała także polska 1. Dywizja Pancerna. 101. Dywizja Powietrznodesantowa walczyła w czasie II wojny światowej w trzech ważnych operacjach. Lądowanie w Normandii, czyli operacja Overlord, operacja Market Garden, czyli ofensywa w Holandii, a także broniła miejscowości Bastogne w Ardenach w czasie niemieckiej ofensywy w Belgii. Co roku odbywają się tam uroczystości i rekonstrukcje bitew, na które przyjeżdżają rekonstruktorzy z całego świata.

« 1 »
oceń artykuł

Reklama

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    Mosiosława
    ostatnia aktywność: 10.10.2017
    łączna liczba komentarzy: 9
  • 2
    zzuzza
    ostatnia aktywność: 02.10.2017
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 3
    jad
    ostatnia aktywność: 17.09.2017
  • 4
    OlaGuga
    ostatnia aktywność: 19.09.2017
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 5
    wierzchowskijan49
    ostatnia aktywność: 26.09.2017
    łączna liczba komentarzy: 1