W drodze do nieba

Joanna Kojda, Gabriela Szulik

|

MGN 11/2024

publikacja 24.10.2024 09:11

Nie wychodź z mego serca. Pozostań zawsze, zawsze ze mną. Bardzo Cię kocham, chcę oddać się w Twoje ramiona, zrób ze mną, co zechcesz.

Antonietta Meo Antonietta Meo
Henryk Przondziono /Foto Gość

To modlitwa zakochanej w Jezusie 6-letniej Antonietty Meo po przyjęciu Pana Jezusa w Komunii Świętej: „Jestem bardzo, naprawdę bardzo szczęśliwa, że przyszedłeś do mojego serca, Drogi Eucharystyczny Jezu”.

Takich dzieci szczerze kochających Pana Boga jest naprawdę całkiem sporo. Często swoją nagłą chorobę, cierpienie ofiarowały w intencji grzeszników. Po ich śmierci ludzie przekonani o ich świętości zaczynali starania o zbadanie ich życia. Te procesy wciąż trwają, ale w przyszłości dzieci te mogą zostać świętymi. Spośród wielu życiorysów wybraliśmy kilka.

 

 

Jezu, chcę być święta

Antonietta Meo (15 grudnia 1930 r. – 3 lipca 1937 r.)

 

Była pogodną, energiczną i lubiącą postawić na swoim dziewczynką. Urodziła się w zamożnej i pobożnej rzymskiej rodzinie. Najbliżsi nazywali ją Nennoliną.

Pewnego dnia w czasie zabawy stłukła kolano. To był początek dolegliwości, które zakończyły się diagnozą: złośliwy nowotwór, kostniakomięsak.

Nogę trzeba było amputować. Nennolina nosiła ciężką protezę, dlatego wieczorami, zmęczona, szybciej udawała się na spoczynek. Wtedy zaczęła pisać do Jezusa listy, które kładła pod figurką. Wierzyła, że Bóg przeczyta je w nocy.

Pozostało po niej 160 listów – do Pana Jezusa, do Ducha Świętego i do Maryi. Na początku dyktowała je mamie, później sama zapisywała. Każdy zwykle kończyła tak: „Moc pozdrowień i ucałowania od Twojej Antonietty”.

„Jezu, pierwszą i najważniejszą rzeczą, o którą Cię proszę, jest prośba o to, bym była święta. Chcę bardzo cierpieć, by wynagrodzić Ci za grzechy ludzi, szczególnie tych najbardziej złych. Chciałabym być palącą się dzień i noc przed tabernakulum lampką” – pisała niespełna rok przed śmiercią.

Jeden z listów trafił też do papieża Piusa XI, który do dziewczynki wysłał delegację z błogosławieństwem. W noc Bożego Narodzenia 1936 r. Antonietta przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej, a kilka miesięcy później została bierzmowana. Pół roku później zmarła.

Już pięć lat po jej śmierci rozpoczął się proces beatyfikacyjny. Ma ona szansę stać się jedną z najmłodszych błogosławionych Kościoła katolickiego.

Cierpienia ofiarowała Panu Bogu za papieża, Kościół, misjonarzy, pokój na świecie i zbawienie grzeszników. Często przy bolesnej zmianie opatrunku mawiała: „Teraz jadę jako misjonarka do Afryki”.

Gdy przyszedł nawrót choroby, prosiła, by modlić się nie o uzdrowienie, ale o spełnienie Bożej woli. Nennolina wiedziała, że jest bliska śmierci. Pocieszała mamę, że już nie będzie cierpieć. Gdy zmarła, miała zaledwie 6,5 roku. ☻

 

Jezu, weź mnie do siebie

Silvio Dissegna (1 lipca 1967 r. – 24 września 1979 r.)

 

„Niech cały mój ból będzie wyrazem miłości do Ciebie, Jezu” – modlił się 12-letni Włoch Silvio Dissegna. Mieszkał niedaleko Turynu. Uwielbiał piłkę nożną, bardzo lubił chodzić do szkoły. „Gdy dorosnę, zostanę nauczycielem, bo lubię uczyć innych. Jednak wiem, że aby tak było, muszę sam dużo się uczyć i przeczytać wiele książek” – mówił.

Już jako dziecko miał silną więź z Jezusem, która jeszcze bardziej się pogłębiła się po przyjęciu Pierwszej Komunii Świętej 7 września 1975 r. Gdy dwa lata później na święta Bożego Narodzenia otrzymał maszynę do pisania, napisał na niej pierwsze słowa: „Dziękuję ci, mamo, bo dałaś mi życie, które jest takie piękne! A ja tak bardzo chcę żyć!”.

Wiosną zaczął odczuwać silny ból w lewej nodze, który nie ustawał. Gdy lekarze postawili diagnozę: rak kości, zawierzył swoją chorobę Panu Bogu i Maryi.

21 maja już na wózku inwalidzkim przyjął sakrament bierzmowania. Był coraz słabszy, a bóle stawały się coraz silniejsze. Lekarze byli bezradni. Silvio poprosił, by mógł codziennie przyjmować Komunię Świętą, a swoje cierpienie każdego dnia ofiarowywał w konkretnej intencji. Modlił się za papieża, za Kościół, za kapłanów, o zbawienie grzeszników. Pocieszał rodziców i brata. – Gdy wsiadaliśmy kiedyś do samolotu, bo do Paryża jeździliśmy na chemioterapię, Silvio chwycił mnie za rękę. „Tato, jadę po raz trzeci upaść pod krzyżem, jak Jezus”, powiedział. To było tak przejmujące – wspominał jego tata. – Płakałem całą podróż. A Silvio spokojnie przesuwał paciorki różańca…

Wiosną następnego roku jego zdrowie bardzo się pogorszyło. Stracił wzrok. Nie narzekał, prosił tylko o codzienną Komunię Świętą. – Ból był tak silny, że modlił się głośno: „Jezu, ratuj! Weź mnie do siebie, ja już nie dam rady!” – wspominała jego mama. – Trzymałam go za rękę. A Silvio powtarzał: „Mamo, Pan Jezus mnie bardzo kocha i zabierze do nieba”. Ta świadomość przynosiła mu ulgę. ☻

 

Chcę tego, co Ty, Boże

Anna de Guignè (25 kwietnia 1911 r. – 14 stycznia 1922 r.)

 

Nie była grzecznym dzieckiem. Mówiono o niej: „Mały tyran, gdy czegoś chce, to musi mieć natychmiast. Nieposłuszna, ciągle naburmuszona i zarozumiała”. Gdy urodził się jej brat, była tak zazdrosna, że kopała malucha, a kiedyś rzuciła mu w oczy garść piasku. Wszystko zmieniło się, gdy na wojnie zginął jej tata.

„Aniu, jeśli chcesz mnie pocieszyć, musisz być dobra” – powiedziała matka do swej pięcioletniej i jednocześnie najstarszej z czworga dzieci córki. Przekorna Ania starała się, jak umiała najlepiej. Chciała mieć dobre serce, być posłuszną i chętną do pomocy, co nie było łatwe. Jeszcze czasem czerwieniała ze złości, ale wygrała. Nie tylko dzięki temu, że bardzo chciała. Przede wszystkim – jak sama mówiła – dzięki pomocy Jezusa. Zaczęła rezygnować z drobnostek. „Rezygnuję z tego, co lubię, i przyjmuję to, co nie jest przyjemne. To malutkie ofiary, ale wiem, że podobają się Bogu” – napisała. A Jezus zmieniał ją powoli.

Kiedyś młodszy brat bawił się ulubioną lalką Ani. Zabawka miała głowę z porcelany i spotkał ją tragiczny koniec. Głowa lalki rozbiła się a Ania – ku zdumieniu wszystkich – po raz pierwszy przebaczyła.

26 marca 1917 r., w poniedziałek w Wielkim Tygodniu, przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej. Postanowiła wtedy, że odtąd już zawsze będzie już posłuszna.

W grudniu 1921 r. rozwinęła się u Ani poważna – jak się okazało, śmiertelna – choroba mózgu. Jedenastolatka chorowała krótko, ale bardzo cierpiała. „Boże, proszę Cię o zdrowie, ale chcę tego, czego Ty chcesz. I ulecz też innych chorych” – modliła się. Gdy zmarła, wszyscy mówili: „święte dziecko”.

Chwilę wcześniej powiedziała mamie, że widzi swojego Anioła Stróża, a pięć dni przed śmiercią widziała niebo. ☻

 

Jestem taki szczęśliwy

Faustino Pérez-Manglano (4 sierpnia 1946 r. – 3 marca 1963 r.)

 

Gdy się urodził, tata był tak szczęśliwy, że nawet swoje imię podarował synowi. Mieszkali w pięknym domu w Walencji, hiszpańskim portowym mieście nad Morzem Śródziemnym. Faustino bardzo lubił chodzić do szkoły, czytać książki, chodzić do kina. Miał dużo kolegów, świetnie grał w piłkę nożną. Nie opuścił żadnego meczu. Kibicował CF Valencia. O piłce nożnej rozmawiał nawet z Jezusem.

Gdy miał 13 lat, postanowił, że codziennie będzie odmawiał Różaniec. Myślał, że może zostanie księdzem. „Chcę być zakonnikiem marianistą i wykładowcą chemii” – pisał.

Gdy miał 15 lat, nagle pogorszyło się jego zdrowie. Nikt nie spodziewał się, że to poważna choroba Hodgkina, zwana ziarnicą złośliwą, choroba nowotworowa, która atakuje węzły chłonne. W szkole długo nikt nie domyślał się, że Faustino jest śmiertelnie chory. Nawet pojechał w góry z kolegami.

Faustino przez dwa lata żył ze świadomością, że umiera. Najbardziej martwił się, że tacie i mamie będzie smutno. Kiedy już nie mógł wstać z łóżka, znajomy ksiądz zapytał: „Jak się czujesz?”. „Dobrze”. „Ale powiedz, boli?”. „Nie wiem… To zależy… Myślę, że… inni cierpią bardziej…” – odpowiedział Faustino.

W lutym 1963 r. otrzymał sakrament namaszczenia chorych. „Niech przyjdzie śmierć wtedy, kiedy Bóg zechce. Niech przyjdzie w takim czasie, w takim miejscu i w taki sposób, jaki jest dla mnie najlepszy” – modlił się, prosząc Maryję, by wstawiła się za nim.

W niedzielę ksiądz przyniósł Komunię. Zauważył, że w zamkniętej dłoni chłopiec trzyma medalik Matki Bożej. „Pomaga mi bardzo” – powiedział słabo, ale po chwili ożywił się: „Czy w telewizji pokażą dziś mecz Valencji? Ale i tak go nie zobaczę…” – posmutniał. „Taki jestem zmęczony…”. „Faustino, Twój stan jest ciężki, wkrótce pójdziesz do nieba”. „Wiem”. „Denerwujesz się? Ręce ci drżą”. „Nie, to tylko ciało. W środku jestem spokojny…”.

Faustino umarł o 23.20 w objęciach swojej mamy. Nie miał siedemnastu lat.

Zanim umarł, obiecał zająć się w niebie sprawą powołań. Swoje przeżycia opisał w „Dzienniku”. „Jestem bardzo szczęśliwy. Pragnę cierpieć dla Chrystusa, który tak wiele wycierpiał dla mnie. Chcę zostać świętym” – zapisał. ☻

 

Najlepsza droga

Alberto Michelotti (14 sierpnia 1958 r. – 18 sierpnia 1980 r.)

Carlo Grisolia (29 grudnia 1960 r. – 29 sierpnia 1980 r.)

 

Alberto należał do Ruchu Focolare. Jego założycielka Chiara Lubich mawiała, że do Pana Boga można trafić przede wszystkim przez człowieka. To najlepsza droga.

Pan Jezus to przecież powiedział: „Cokolwiek uczyniliście drugiemu, Mnieście uczynili”. Alberto bardzo wziął sobie te słowa do serca.

Mieszkał w Genui na północy Włoch. Kiedy był małym chłopcem, lubił bawić się klockami Lego i kolejką elektryczną. Z tatą grał w karty. Już wtedy dało się poznać jego dobre serce. Kiedy mama prasowała, on włączał jej ulubioną muzykę. A kiedy już był nastolatkiem i czasem potrzebował pieniędzy, nie prosił rodziców, tylko sam dorabiał, udzielając korepetycji z matematyki i fizyki.

Miał wielu kolegów, był bardzo lubiany. Mówili o nim, że „chyba spadł z nieba”.

Kiedy poznał Carla, bardzo się zaprzyjaźnili. Dla obu to samo było ważne. Razem chodzili do hospicjum, całe popołudnia spędzali ze staruszkami.

Obaj o wszystko pytali Pana Boga, o wszystkim z Nim rozmawiali, również o swoich dziewczynach. Alberto bardzo kochał Oriettę, ale czuł, że nie mogą być razem. Chciał być wolny, żeby lepiej zrozumieć, czego od niego Bóg oczekuje, co dla niego przygotował.

Carlo grał na gitarze, należał do drużyny piłkarskiej. Z nim zawsze było wesoło, nawet gdy jemu samemu nie było do śmiechu. Był przewodniczącym klasy, potem szkoły. Kiedyś mama kupiła mu sweter. Carlo lubił go nosić. Potem sweter nagle zniknął z szafy. „Co się z nim stało?” – zapytała mama, a Carlo unikał odpowiedzi. Niedługo mama zobaczyła sweter Carla u jednego z jego znajomych.

Obaj byli wyjątkowi. Jeden z kolegów wspominał, że kiedy Carlo mówił o Jezusie, to tak, jakby każdego wieczoru jadł z Nim kolację. Opowiadał o Nim jak o najlepszym przyjacielu.

W wolnym czasie Alberto uciekał w góry, uwielbiał się wspinać. W czasie jednej z wypraw w Alpy runął w przepaść z lodowca. W tym czasie Carlo walczył z rakiem, śmiertelnie chory leżał w szpitalu. Umarł 40 dni po śmierci Alberta, swojego przyjaciela. Po raz pierwszy trwa proces beatyfikacyjny dwóch przyjaciół w tym samym czasie. ☻

 

Klucz do radości

Maria Orsola Bussone (2 października 1954 r. – 10 lipca 1970 r.)

 

„Zrozumiałam, że jedyną rzeczą, która daje szczęście, jest Bóg. Zdecydowałam się wybrać Go na całe moje życie” – mówiła Maria Osola. Była Włoszką, należała do Ruchu Focolari. „W tych dniach zrozumiałam, że kluczem do radości jest krzyż, Jezus Opuszczony” – pisała do Chiary Lubich, założycielki ruchu. „Wiesz, Chiara, chcę kochać, kochać, kochać zawsze, najpierw, nie oczekując niczego, chcę dać się Bogu używać tak, jak On chce” – dodała.

Bardzo lubiła śpiewać i grać na gitarze. Kochała muzykę, sport, morze, góry. „Z pewnością trudno jest zacząć od nowa, ale wystarczy trochę wiary w Boga-Miłość, to znaczy w miłość, którą Bóg nieustannie nas darzy. Bo nawet jeśli popełniamy błędy, nawet jeśli całymi dniami nie kochamy Boga, nawet jeśli jesteśmy tchórzami, małymi stworzeniami, to Bóg kocha nas w sposób niezwykły” – pisała.

Pisała listy do kleryków, księży i młodych. Wyłania się z nich jej wielka wiara w Boga, który jest miłością. Maria chciała oddać Mu każdą chwilę swojego życia, wszystkie radości i cierpienia łączyła z opuszczonym Jezusem. Jej wielkim wzorem stała się Maryja. Jej duchowa podróż była krótka, ale intensywna. Starała się żyć Ewangelią, a swoim rówieśnikom chciała przekazać, jak bardzo Bóg kocha każdego.

Zmarła silnie porażona prądem. Od 2015 r. można ją nazywać czcigodną służebnicą Bożą. ☻

 

Dziękujemy, że z nami jesteś

To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.

W subskrypcji otrzymujesz

  • Nieograniczony dostęp do:
    • wszystkich wydań on-line tygodnika „Gość Niedzielny”
    • wszystkich wydań on-line on-line magazynu „Gość Extra”
    • wszystkich wydań on-line magazynu „Historia Kościoła”
    • wszystkich wydań on-line miesięcznika „Mały Gość Niedzielny”
    • wszystkich płatnych treści publikowanych w portalu gosc.pl.
  • brak reklam na stronach;
  • Niespodzianki od redakcji.
Masz subskrypcję?
Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.