W przeszklonej tubie unosi się człowiek w czerwonym kombinezonie. Opada, robi przewroty i inne akrobacje. Jak ptak...
Zastrzyk adrenaliny w czasie krótkiego lotu jest ogromny
HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ
Żeby wyobrazić sobie, jak to jest latać, trzeba spróbować samemu. No to próbujemy. Ruszamy do tunelu aerodynamicznego Flyspot w Katowicach.
Najpierw trzeba wyjąć wszystkie drobiazgi z kieszeni, założyć lekkie sznurowane buty i kombinezon. Kask, gogle i… zatyczki do uszu, bo w środku tuby wieje silny wiatr. – W symulatorze prędkość wiatru to nawet 350 km/h – wyjaśnia Michał Pegios, nasz in- struktor.
Unoszenie
Poznajemy jeszcze kilka podstawowych znaków, jakie będzie nam przekazywał Michał i ruszamy do pierwszej śluzy. Adrenalina wzrasta.
– Pracuję we Flyspot już 7 lat i nigdy nikomu nic się nie stało – uspokaja instruktor. – Z symulatora mogą korzystać dzieci już od trzeciego roku życia. Górnej granicy nie ma. Przeszkodą mogą być jedynie poważne problemy ze zdrowiem. Zresztą nasze ciało nie pozwoli zrobić sobie krzywdy – dodaje zagadkowo nasz opiekun.
Jeszcze chwila i stoję przed tubą. Pod siatką umieszczoną na wysokości podłogi widać 14-metrową przepaść, w górę taka sama odległość. Wchodzę do środka i... lecę jak skoczkowie, gdy wyskakują z samolotu. Instruktor cały czas czuwa nad prawidłowym ułożeniem ciała, aby działało jak żagiel na łódce. Czysta fizyka. Gdy stoimy, powierzchnia jest zbyt mała, by latać, ale wystarczy się położyć i pęd wiatru unosi w górę.
W tunelu aerodynamicznym trzeba też nauczyć się na nowo… chodzić. Normalnie, gdy idziemy, pochylamy się lekko do przodu. – W tunelu to nie działa, bo wstrzymuje nas wiatr – wyjaśnia Michał Pegios. – Tu trzeba lekko odchylić się do tyłu, wtedy pęd powietrza nas popchnie. Podobnie jest z upadaniem. Gdy się potkniemy, chronimy twarz rękami, tu trzeba podnieść ręce do góry, by zwiększyć siłę nośną i dać się ponieść powietrzu.
Siła wiatru
Po chwili przerwy druga próba przy silniejszym wietrze. Operator dostosowuje prędkość wentylatora do umiejętności śmiałka. – Zwykle instruktor pokazuje, czy zwiększyć, czy zmniejszyć siłę wiatru, ale teraz już właściwie dogadujemy się bez żadnych wskazówek – przyznaje instruktor.
Z symulatora chętnie korzystają skoczkowie spadochronowi. Tu mogą poćwiczyć, zobaczyć, jak każdy ruch ciała wpływa na lot. To też znacznie bardziej precyzyjne, bo w całej tubie wiatr wieje z równomierną prędkością. Zaglądam w dół symulatora i widzę ukośną podłogę, przez którą wdmuchiwane jest powietrze. – Co ciekawe, silnik dmucha powietrze z góry na dół – mówi instruktor Michał. – Skąd w takim razie powietrze na dole? – pytam. – Wentylatory, osiągające moc 1,2 megawata, kierują powietrze z zewnątrz specjalnym tunelem w dół, następnie w piwnicy biegnie ono pod naszą tubę i do góry. Pod sufitem za pomocą skrzeli, którymi można sterować, miesza się z powietrzem z zewnątrz i znów trafia do wentylatora. I tak w kółko. Dzięki mieszaniu powietrza można regulować w pewnym stopniu jego temperaturę.
Spadanie
Kolejne wejście. Jest już trochę łatwiej, choć emocje sprawiają, że zapominam o najważniejszym, czyli rozluźnieniu. Zaczynamy trening sterowania. Skręcam powoli dłonie w jedną stronę i zaczynam się obracać.
Choć dłonie mają małą powierzchnię, to działają jak stery w okręcie. Palce w górę – sylwetka zaczyna opadać. Palce wyprostowane poziomo – ciało się wznosi.
Na koniec bonus, lot z instruktorem. Wirowanie, kilka metrów w górę i… szybkie spadanie. Wrażenie niesamowite. Serce pompuje krew z zawrotną szybkością, czuć siłę wiatru i uczucie swobodnego opadania.
Spędziliśmy w symulatorze zaledwie 4 minuty, a emocje były wyjątkowe. Ostatnim punktem jest pokaz instruktorski. Dopiero teraz widać, jakie możliwości daje tunel aerodynamiczny. Najlepsi mierzą się nawet w mistrzostwach Polski, Europy i świata w dyscyplinie zwanej Indoor Skydiving.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.