Jako pierwszy strzelił w lidze pięć bramek w jednym meczu. Kapitan polskiej reprezentacji i podpułkownik Wojska Polskiego.
Polska reprezentacja na olimpiadzie w Paryżu w 1924 r. Drugi od lewej to Henryk Reyman
NAC
Życie Henryka Reymana to historia na kilka książek albo nawet na serial. Dokładnie 100 lat temu, w listopadzie 1918 roku, jako 21-latek wstąpił w szeregi Wojska Polskiego. Wcześniej walczył na froncie włoskim w armii austriackiej. Nie miał wyboru, ponieważ urodził się w Krakowie, w zaborze austriackim. Później brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej i w powstaniach śląskich. Kiedy w 1939 r. Niemcy zaatakowali Polskę, dowodził batalionem w 37. pułku piechoty.
Bramkarz w siatce
Zacznijmy jednak od piłki. I to takiej szmacianej, jaką 100 lat temu kopali chłopcy na podwórku. Na placu Jabłonowskich w Krakowie mieściło się targowisko wybrukowane kamieniami. Tam mały Henio grał z kolegami w piłkę. Futbolówka często podskakiwała na nierównych kamieniach. Dzięki temu Henio ćwiczył strzały z woleja. Wiele lat później jeden z takich strzałów przeszedł do historii. Był 20 września 1927 r. Wisła Kraków podejmowała rumuńską drużynę Fulgerul Bragadiru. Tamtego dnia Henryk Reyman zdobył cztery gole. W tym jednego z woleja. Uderzenie z 18 metrów. Prawdziwa petarda, po której bramkarz wpadł z piłką do bramki i… na moment stracił przytomność. Miesiąc później Wisła pokonała Czechów z Brna, a Reyman znów zaliczył cztery trafienia. W tym samym roku krakowski napastnik został królem strzelców ligi. 37 bramek w jednym sezonie – to wciąż nie pobity rekord. W meczu z Warszawianką znów dokonał czegoś niesamowitego – zdobył pięć bramek.
Orły, do boju!
W koszulce Wisły Kraków Henryk Reyman w sumie zdobył 109 goli. Na mecze dojeżdżał nieraz z drugiego końca Polski. Jako żołnierz stacjonował w różnych miejscach. Na przykład w 1928 r. przeniesiono go do 5. Pułku Piechoty Legionów w Wilnie. To miejsce od Krakowa dzieli 760 kilometrów. Mimo tak dużej odległości piłkarz nie odszedł z drużyny. Dalej był przywódcą w wojsku i na boisku. Żeby zagrać, dostawał przepustkę od dowódcy, następnie całą noc pociągiem jechał do Krakowa. A potem porywał kolegów do walki tak, jakby mecz był prawdziwą bitwą. Zdarzyło się nawet, że kiedyś przyjechał do Krakowa konno! Występował z orzełkiem na piersi. Na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu (1924 r.) był kapitanem polskiej drużyny narodowej, a po zakończeniu II wojny światowej dwa razy jako trener prowadził naszą reprezentację piłkarską. „Orły, do boju!” – to jego hasło.
Cały artykuł w listopadowym numerze „Małego Gościa”
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.