Od 310 lat na dnie Morza Karaibskiego leżą złote monety, srebro, szmaragdy... Tony skarbów. Ostatnio podpłynął do nich... żółty robot.
Tak wyglądał hiszpański okręt, trójmasztowiec San José
RICARDO MALDONADO ROZO /EPA/pap
N azywa się Remus 6000. Konstruktorzy zadbali, by robot mógł nurkować i odkrywać znaleziska. Jakiś czas temu zanurkował niedaleko wybrzeża kolumbijskiej Cartageny na głębokość 610 metrów. Zeskanował dno morskie. I zaczął pstrykać zdjęcia. Pokazał na przykład działa armatnie z brązu zdobione delfinami. Naukowcy prowadzący akcję są pewni, że to wrak słynnego statku sprzed 300 lat.
Bitwa
Był rok 1708. Galeon San José (z hiszpańskiego Święty Józef) należał do Hiszpańskiej Floty Skarbów. Zadaniem takiej floty było przewożenie zdobyczy z odległych hiszpańskich kolonii do Europy. Z Portobelo (dziś leży w Panamie) wyruszyło 14 statków z cennym towarem. 8 czerwca statki zbliżały się do brzegów dzisiejszej Kolumbii pod eskortą trzech okrętów wojennych – San José (64 działa), San Joaquín (64 działa) i Santa Cruz (44 działa). Aż nagle, niedaleko wyspy Barú, pojawiła się eskadra okrętów brytyjskich. 50 kilometrów od portu w Cartagenie zaczęła się bitwa morska. W ruch poszły armaty. San José i San Joaquín stanęły do walki jako bliźniacze galeony. Różniły się nieco liczbą załogi. Pierwszy miał na pokładzie 600 osób. Drugi – 500. Najmniejszy z okrętów, Santa Cruz, liczył 300 śmiałków. Brytyjczycy postanowili skierować pierwszy ogień w kierunku galeonów. Bo duże jednostki wiozły dużo złota. Ruszyli do ataku o piątej po południu. San Joaquín (Święty Joachim) zdołał uciec po dwóch godzinach walk z brytyjskim okrętem o nazwie Kingston.
Cały artykuł w październikowym numerze „Małego Gościa”
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.