Rozmawiała w jedenastu językach. Ale czasem jeden uśmiech wystarczył, by innych zbliżyć do Boga.
Reprodukcja Roman Koszowski /Foto Gość
Ktoś krzyknął: „Inspektor z Rosji przyjechał!”. W gimnazjum dla dziewcząt zawrzało. Szkołę nad Zatoką Fińską w 1914 roku prowadziły siostry zakonne, a w Rosji nasilały się prześladowania Kościoła katolickiego. Dlatego uczennice i nauczycielki wpadły w panikę: „Chowamy polskie książki i zeszyty!”. Do sali wszedł człowiek ubrany w grube futro i w czapce na głowie. Zapadła grobowa cisza. A po chwili wszyscy… parsknęli śmiechem. Groźnie wyglądającym człowiekiem okazała się jedna z sióstr. Ten dowcip wymyśliła św. Urszula Ledóchowska.
Szczęśliwa setka
Historie z życia św. Urszuli to gotowy materiał na scenariusz długiego serialu. Urszula, a właściwie Julia – bo takie imię wybrali jej rodzice – urodziła się 17 kwietnia 1865 roku w Loosdorf, godzinę drogi od Wiednia. 150 lat później przyjeżdżamy jednak do Pniew, godzinę drogi od Poznania. Bo tutaj św. Urszula Ledóchowska założyła zgromadzenie Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego, czyli urszulanki szare. Tu św. Urszula założyła też pierwszą grupę Krucjaty Eucharystycznej, dzisiejszego Eucharystycznego Ruchu Młodych (ERM). Dom sióstr i wybudowaną obok szkołę zaprojektowała sama. Teraz mieszka tu i pracuje około stu urszulanek. W szkole uczy się tyle samo dziewcząt. Do przedszkola przychodzi setka dzieci. – A w chórze dziecięcym „Promyki słoneczne” występuje około setki śpiewaków – śmieje się siostra Danuta Sakowicz. Z siostrą Danutą spacerujemy po niewielkim parku przy sanktuarium. Co pewien czas pozdrawiają nas przemykające na rowerach siostry urszulanki. – Słyszycie ptaki? – siostra Danuta zatrzymuje się na moment. – Czują się u nas dobrze. Dba o to nasza siostra Urszula, która jest ornitologiem – mówi siostra i wskazuje na drzewa z budkami lęgowymi. Ruszamy dalej.
Tysiące rycerzy
Niedaleko biegną tory kolejowe. Dziś nie jeżdżą już po nich pociągi. Ale jeśli zamkniemy oczy, może usłyszymy jeszcze pociąg, którym pewnej nocy w 1920 roku Urszula Ledóchowska przyjechała z Danii. Podróż trwała 20 dni. Siostra Urszula przywiozła z sobą dwudziestkę polskich sierot. Na to, jak bardzo kochała dzieci, jest nieskończona ilość dowodów. Jeden z nich to Krucjata Eucharystyczna. Usłyszała o niej w Rzymie, od jezuity ojca Maseli z Sekretariatu Apostolstwa Modlitwy. Zakonnik opowiadał o małych ryce- rzach i rycerkach Boga, walczących modlitwą. „Dlaczego ma się to rozwijać we wszystkich krajach, tylko nie w Polsce?” – pomyślała siostra Urszula i zaczęła działać.
Pięć lat później w Pniewach powstała pierwsza grupa Krucjaty Eucharystycznej. Rycerzami krucjaty stało się 17 chłopców. Mały oddział szybko zamienił się w potężną armię, która w 1929 roku liczyła już 20 tys. dzieci. A dziesięć lat później – 200 tysięcy. – Matka Urszula dobrze znała dziecięce serca. Umiała uważnie słuchać i opowiadać z pasją – mówi siostra Danuta. – Dzieci chętnie podejmowały zadania, jakie przed nimi stawiała – dodaje urszulanka i przypomina, jak to dawno temu, kiedy św. Urszula Ledóchowska jako Julia mieszkała w Lipnicy Murowanej, okoliczni mieszkańcy odwiedzali nastolatkę, prosząc ją o radę.
Łóżko z Ikei
29 maja 1927 roku matka Urszula Ledóchowska zjawiła się wśród dzieci w łódzkiej katedrze. Trwał pierwszy ogólnopolski Dzień Krucjaty. Później wspominała ten dzień tak: „Ze znaczkami, każda Krucjata ze swoją przewodniczką i sztandarem, do dwóch tysięcy dzieci! Wchodzą do katedry. Ustawiamy je czwórkami. (…) Śliczny to był widok, i dzieci takie skupione”. Celę św. Urszuli, czyli niewielki pokój w domu zakonnym w Pniewach, zwiedzają teraz prawnuki tamtych rycerzy. Jest on taki, jak tego dnia, gdy w 1939 roku siostra opuszczała go na zawsze. Na ścianie wisi nawet ostatnia kartka z kalendarza – 25 kwietnia. Wokół wiele pamiątek, osobistych przedmiotów, meble. – Czy to łóżko z Ikei? – palnął ktoś z grupy uczniów. I właściwie był blisko, bo św. Urszula swoje meble przywiozła ze Skandynawii. Zanim zamieszkała w Pniewach, prowadziła szkoły między innymi w Szwecji i Danii.
Naprzeciwko łóżka stoi duże biurko. Przy nim powstawały listy. – W naszym archiwum mamy ich 7 tysięcy – mówi siostra Danuta. – A przecież to nie wszystkie, jakie wysłała. Siostra Ledóchowska pisała sporo. Nie tylko listów. Pięknie też malowała. Grała na pianinie. Znała się na architekturze. – W domu rodzinnym św. Urszuli mówiło się po polsku, niemiecku i francusku – dodaje siostra Danuta. – Angielskiego, włoskiego i łaciny uczyła się w szkole. A poznała też języki tych krajów, do których zawiodło ją życie, a więc rosyjski, fiński, szwedzki, duński i norweski. Jednym słowem, talentami mogłaby obdzielić kilka osób.
Życie św. Urszuli Ledóchowskiej
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.