Matce Teresie nie sposób było odmówić. Była niewinna i szczera jak dziecko.
Matka Teresa w szpitalu w Kalkucie. Lekarze nakłonili ją do poddania się badaniom radiologicznym. Wcześniej misjonarka nie chciała się na nie zgodzić. „Pozwólcie mi umrzeć tak, jak umierają ci, którym służę” – mówiła. 12 kwietnia 1995 r
Marci Jakimowicz
Gwarną, rozpędzoną ulicą szła zgarbiona zakonnica w białym sari. Naprzeciwko pewnym krokiem spieszył się gdzieś mężczyzna. Był bogaty, to było widać na pierwszy rzut oka. Kobieta podeszła do niego z wyciągniętą ręką. Mężczyzna spojrzał na nią i z szyderstwem splunął. Zakonnica przycisnęła ślinę do serca i powiedziała: „Dziękuje, to dla mnie. A teraz proszę o dar dla moich dzieci”. W oczach bogacza zakręciły się łzy. Ofiarował misjonarce sporo pieniędzy. Matce Teresie nie sposób było odmówić. Była niewinna i szczera jak dziecko.
Człowiek w rynsztoku
Naprawdę nazywała się Agnes Gonxha Bojaxhiu. Urodziła się 26 sierpnia 1910 r. w rodzinie albańskiej. Została ochrzczona już następnego dnia. Jako osiemnastolatka wstąpiła do zgromadzenia loretanek. Przyjęła imię Teresa. Wyjechała do Indii. W 1946 usłyszała wezwanie Boga, by pomagać opuszczonym i biednym. – Pan prosił mnie o porzucenie wszystkiego dla skromnego życia w służbie ubogim – wyjaśniała. Gdy 10 września 1948 roku szła ulicami Kalkuty, natknęła się na umierającego w rynsztoku człowieka. To spotkanie zmieniło jej życie. Przywdziała białe sari z niebieskim obrzeżem i zaczęła pomagać najuboższym. Rozpoczęła długą wędrówkę w miejsca, do których nikt nie chciał iść. Rzuciła się na głęboką wodę: opuściła klasztor, mając jedynie sari, 5 rupii i bilet kolejowy, i... bardzo mocną wiarę w Boga. To szaleństwo – kręcili głowami sceptycy. Nie przejmowała się nimi. Założyła nowe zgromadzenie, które w Indiach i na całym świecie prowadzi sierocińce, domy dla chorych i umierających. Całym dobytkiem sióstr Misjonarek Miłości jest kilka kompletów odzieży, krzyż, para sandałów, siennik i miska do mycia. Ich dzień rozpoczyna się już o 4.30, gdy przez półtorej godziny modlą się. Wpatrują się w ukrzyżowanego Jezusa i umieszczone pod krzyżem jedno krótkie słowo: „Pragnę”. Później ruszają na ulice.
Nie dla biednych
– Z nieba lał się żar, pamiętam świetnie – opowiada ojciec Marian Żelazek, pracujący w Indiach wśród trędowatych. – Stoję na platformie kolejowej. Strasznie gorąco. Chyba z 47 stopni. Patrzę, z daleka idą trzy siostry. Umęczone upałem. Kupiłem coca-colę i mówię jakiemuś chłopakowi: „Biegnij, zanieś to siostrom”. A on wraca z butelką i mówi: „Siostry nie chcą”. Jak to? I wtedy jedna z nich podeszła i przedstawia się: Matka Teresa. – Dlaczego nie pijecie coli? – Bo mamy regułę: nie przyjmujemy nic w czasie podróży. Zrozumiałem, dlaczego. Na platformie stało wielu biednych. Posłałbym im ten napój? Nie. A zakonnice potraktowałem lepiej niż biednych. Zawstydziłem się. Matka Teresa chciała żyć jak biedni. – Nigdy nie zajmuję się tłumami, lecz jedną osobą – opowiadała.
Nobel dla Matki
Gdy w 1979 odbierała Pokojową Nagrodę Nobla, powiedziała odważnie: „Nie wojny, ale aborcja jest największym zagrożeniem dla pokoju świata”. Jej słowa poruszyły cały świat, bo misjonarka poprosiła obecnych o modlitwę w intencji nienarodzonych dzieci. „Jeżeli matka może zabić własne dziecko, co może powstrzymać nas od zabijania się nawzajem?” – mówiła. Gdy na jej cześć zorganizowano uroczysty bankiet, dyskretnie odmówiła wzięcia w nim udziału. Ten gest przekonał do niej nawet zagorzałych przeciwników. Oddała Bogu całe serce. Dosłownie i w przenośni. Zmarła na zawał serca 5 września 1997 roku. Już sześć lat później Jan Paweł II ogłosił ją błogosławioną. Tak ekspresowej beatyfikacji świat jeszcze nie widział.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.