Siostra nie pozwala się sfotografować, nie chce nawet podać swojego zakonnego imienia. Przekonuje, że takie zasady panują u Sióstr Misjonarek Miłości. Ale kiedy zaczyna opowiadać o ludziach, ożywia się, a jej oczy nabierają blasku.
Misjonarka Miłości przy umierającym Hindusie. Kalkuta, 2003 rok
fot. AFP PHOTO/DESHAKALYAN CHOWDHURY
Na dworcu w Katowicach mieszka bardzo chory człowiek, opowiadali ludzie. Poszłyśmy sprawdzić. Był zmarznięty, zawszony, nieprzytomny. Siostry na wózku przywiozły go do naszego domu. Gdy kąpał się w ciepłej wodzie, powtarzał: „Ale fajnie, ale fajnie”.
Wykąpany, przebrany, w czystym łóżku, powtarzał to swoje „fajnie”. Potem zasnął. Pani doktor zbadała go, chciała podłączyć kroplówkę. Nie można było wkłuć się w jego żyły. Zdecydowano, że zabiorą go do szpitala. 36 godzin potem zmarł. Innym razem ktoś przyszedł do nas i powiedział: „Jeden z waszych podopiecznych jest bardzo chory”.
Siostry znały go. Kiedyś mieszkał w naszym schronisku. Kilka dni wcześniej pogotowie zabrało go do szpitala. Zrobili badania, stwierdzili: rak kręgosłupa z przerzutami i... wypisali. Półprzytomnego przywieźli z powrotem. Położyli na tapczanie i odjechali. Zabrałyśmy go do nas. Miał straszne bóle.
Wiedziałyśmy, że powoli umiera. Kilka dni czuwałyśmy przy nim dzień i noc. Pan Bóg bardzo dobrze to zaplanował. Dzięki temu, że trafił do nas, przygotował się na śmierć. Przyjął sakrament chorych, wyspowiadał się i zakończył życie.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.