Na temat wiary nie rozmawiało się w domu. Rodzice mieli takie poglądy, że mnie nie ochrzcili. A ja, gdy dorastałam, zaczęłam odczuwać, że czegoś mi brakuje i że nie wszystko rozumiem.
ANNA ŁYSIAK, ekonomistka
fot. ROMAN KOSZOWSKI
W liceum nawet dwa razy poszłam z przyjaciółkami na pielgrzymkę do Częstochowy. Już wtedy chciałam uwierzyć w Boga, ale nie umiałam. Pomógł mi dopiero mąż. Najpierw mieliśmy tylko ślub cywilny. A mąż zaczął myśleć i mówić o tym, żebyśmy też zawarli nasze małżeństwo przed Bogiem. Zgodziłam się. Bez najmniejszego wahania.
Poszliśmy do parafi i. Ksiądz wysłuchał naszej historii, a potem mnie zapytał: „Czy pani nie myślała o tym, żeby się ochrzcić?”. Niby banalne pytanie, ale dla mnie był to zwrot w moim życiu.
Odpowiedziałam: „Tak!”. To oczywiście nie była jeszcze chwila, w której zaczęłam naprawdę wierzyć, ale czułam, że przyszedł na mnie czas.
Mój chrzest był piękną uroczystością: śpiewał chór, były świece i tłum ludzi... Wiem, że gdyby to działo się w małym kościele, gdzieś na wsi i nie byłoby nikogo, czułabym tę samą radość, że Pan Bóg mnie wybrał.
Wtedy przyjęłam jednocześnie chrzest, bierzmowanie i Eucharystię. W następnym tygodniu czekał mnie ślub kościelny. Od tamtej pory wiem, że nigdy nie będę sama.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.