nasze media Najnowszy numer MGN 01/2018

Wasz Franek fałszer

|

MGN 12/2014

dodane 25.11.2014 14:06

Mocny koniec na początek

Kiedy Pan Jezus przyjdzie drugi raz, to będzie takie widowisko, jakiego sobie nie możemy wyobrazić, a to znaczy, że nikt nie zdoła z tego zrobić obrazu.

Inna rzecz, że gdy to się zacznie dziać, to raczej nikomu nie przyjdzie do głowy rozglądać się za pędzlem czy innym narzędziem twórczości. Już prędzej wszelkie narzędzia wypadną ludziom z rąk i zapomnimy nawet zamknąć usta. Dlatego artyści, o ile chcą się tym tematem zajmować, muszą to robić teraz, według swojej ułomnej wyobraźni, bo jak to zobaczą na własne oczy, to już będzie za późno.

I właśnie to zdecydował się zrobić Gustave Doré, artysta wyjątkowy. Tak, ja wiem, każdy artysta jest wyjątkowy, przynajmniej ten, którego biorę „na tapetę”, ale Doré nawet spośród wyjątkowych się wyróżnia.

Nie ma chyba artysty, który stworzyłby równie wielką liczbę dzieł o tematyce religijnej. No, zgadnijcie, ile grafik stworzył? Tysiąc? Pięć tysięcy? Nie – ponad dziesięć tysięcy! Oznacza to, że w czasie swojej dojrzałej twórczości musiał produkować przynajmniej jedną grafikę dziennie. Było to możliwe dzięki znakomitej, niemal fotograficznej pamięci Doré’a. On nie musiał biegać za modelami, ustawiać ich – po prostu siadał i rysował.

Jego dzieła zobaczyły miliony ludzi jeszcze w epoce przedfotograficznej, bo najczęściej były to ilustracje do książek. A musicie wiedzieć, że w tamtych czasach książki zdobiły ryciny, czyli odbitki z rysunków stworzonych na płytach drewnianych, miedzianych, kamiennych czy jeszcze jakichś innych. Doré był w tej technice mistrzem. Ozdobił w ten sposób ponad dwieście książek. Jego grafiki to nie były byle jakie rysuneczki – to były kompozycje przemyślane, dobrze skomponowane, robiące wrażenie pełną tajemniczości atmosferą.

Ta tajemniczość zresztą była w jego czasach modna, bo to była epoka romantyzmu – czas, gdy ludzie szczególnie cenili duchowość, przeżywanie, wiarę. Doré zajął się przede wszystkim ilustrowaniem scen biblijnych. Dzięki temu do dziś, jeśli gdzieś ktoś szuka ilustracji do Biblii, na pewno trafi na grafiki Doré’a.

Ale wróćmy do tematu, od którego zacząłem: powtórne przyjście Jezusa. Ostatni adwent. Ten obraz bardzo mi się z tym kojarzy. Bo choć nie wiemy, jak będzie wyglądało powtórne przyjście Chrystusa, to jednak trochę On sam nam o tym powiedział: „Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania” (Mt 16,27).

Tytuł obrazu mówi o triumfie chrześcijaństwa nad pogaństwem, co ostatecznie stanie się właśnie przy końcu czasów. To sam Chrystus sprawi, że ustąpią wszelkie rzeczy, które ludzi zwodzą i zastępują im Boga. Na obrazie symbolizują je różne bóstwa, w jakie ludzie wierzyli i wierzą. Światło Chrystusa, otoczonego niezliczonym tłumem aniołów, spycha je w dół. W centrum widać Zeusa gromowładnego z wiązką piorunów, które przy blasku Jezusa nic nie znaczą. Nie znaczy już nic śmierć (na prawo od Zeusa widać upadającą postać z kosą). W ogóle cała ta plątanina fałszywych bogów, złotych cielców, uosobień władzy i bogactwa – to wszystko okazuje się niczym. Wszystko to ginie i upada – to już jest ostateczny triumf. Już nie będzie kłamstwa i przywłaszczania sobie nienależnej wielkości.

Choć Doré stworzył mnóstwo grafik, to jednak niewiele kolorowych obrazów – ten jest jednym z tych niewielu. Niektórzy uważają, że jego jednokolorowe grafiki są lepsze. Ale ja myślę, że i to dzieło jest warte uwagi. Czyż nie?