nasze media Najnowszy numer MGN 03/2018

Franciszek Kucharczak

dodane 06.12.2006 10:04

Groza pustyni - Sahara, grudzień 1935

Kto był na pustyni, często chce tam wracać. Ona ma w sobie coś pociągającego, choć bywa śmiertelnie groźna. Ale może właśnie dlatego tak przyciąga?


Była noc 30 grudnia 1935 roku. Pilot Antoine de Saint-Exupéry i mechanik André Prévot już od czterech godzin lecieli nad Saharą. Chcieli pobić rekord szybkości przelotu na trasie Paryż – Sajgon. Gdy wieczorem wystartowali z Bengazi, widzieli w dole morze żółtego piachu. Teraz, poza światłami na skrzydłach samolotu, nie widzieli nic. Żadnego punku orientacyjnego, rzeki, jeziora, zabudowań. Niczego, co pozwoliłoby określić, jak daleko jeszcze do Kairu.

Pomyłka
Mężczyźni w kabinie zaczęli się denerwować, bo kończyło się paliwo. Nagle wydało się im, że widzą migocące w oddali światło. – Latarnia morska! – zawołał Prévot. Nie było czasu do stracenia. Samolot zniżył lot, a obaj piloci wytrzeszczali oczy, próbując znaleźć miejsce do lądowania. Nagle maszyną zatrzęsło i rozległ się huk zderzającego się z ziemią podwozia.
Gdy samolot zarył nosem w ziemię, mężczyźni wyskoczyli z kabiny i wzięli nogi za pas. Bali się, żeby nie wybuchły resztki paliwa. Nic się jednak nie stało.
Niestety, wkrótce okazało się, że latarnia morska była przywidzeniem. Może to światła samolotu odbiły się w szybie i stąd pomyłka.
Piloci tkwili w sercu pustyni, bez środków do przeżycia. Mieli tylko trochę kawy, nieco wina w butelce i parę owoców. Samolotowy zbiornik z wodą okazał się pęknięty, więc cała woda wyciekła. Saint-Exupéry i Prévot spojrzeli na siebie. Wiedzieli, że na Saharze bez wody można wytrzymać najwyżej dzień. Nie było też wielkiej nadziei, że ktoś ich szybko zacznie szukać. Postanowili, że się nie poddadzą. Gdy wzeszło słońce, ruszyli na wschód. Z początku znaczyli drogę, żeby móc wrócić, ale gdy słońce stanęło w zenicie, zapomnieli o wszystkim. Zwidywały im się przeniesione fatamorganą drzewa, miasta i jeziora. Błądzili bez celu, czując straszliwe pragnienie. Wreszcie trafili na zostawione przez siebie oznaczenia i dobrnęli z powrotem do wraku. Tam wypili resztki napojów i z nastaniem nocy zasnęli w kabinie.

Nie poddamy się
Rankiem próbowali zebrać szmatką rosę ze skrzydeł samolotu. Zdołali wycisnąć nie więcej niż dwa łyki brudnej od smaru cieczy. Dzień minął Saint-Exupéry’emu na wędrówce po okolicy w poszukiwaniu pomocy. Jego towarzysz został przy samolocie.
Saint-Exupéry wlókł się coraz bardziej wyczerpany skwarem. Zaczęły się halucynacje. Wydawało mu się, że widzi Beduina, ale gdy podszedł, okazało się, że to czarny pień wypalonego słońcem drzewa. Potem dostrzegł karawanę. Rzucił się w jej kierunku. – Pomocy! – krzyczał, aż… karawana rozwiała się w powietrzu.
Z nadejściem wieczornego chłodu Exupéry skierował się ku wrakowi. Z dala dostrzegł ognisko, przy którym siedział Prévot, a z nim… dwóch Beduinów. Szczęśliwy przyspieszył kroku. Niestety, gdy się zbliżył, prawdziwi okazali się tylko mechanik i ognisko.
Piloci mieli do wyboru położyć się i czekać na śmierć, albo walczyć. Wybrali to drugie. Podarli brezentowy spadochron na płachty. Rozłożyli je na ziemi, licząc, że rano zbierze się na nich rosa. Nie zawiedli się. O świcie udało się do zbiornika po paliwie (nie mieli innego naczynia) wycisnąć dwa litry wody. Niestety płyn był paskudnie brudny i obaj mężczyźni zaraz go zwymiotowali.
– Nie ma rady, musimy iść. Tu nikt nas nie znajdzie – zawyrokował Saint-Exupéry. Ruszyli na wschód. Obu rozbitków męczyły halucynacje, upał wyssał z nich resztki wilgoci. Języki mieli jak kołki drewna, a usta pokrywała im warstwa pyłu. Pod wieczór ich oczom ukazało się jezioro. – Fatamorgana – powiedział zrezygnowany Saint-Exupéry. Jego towarzysz nie wierzył. Powlókł się w kierunku zjawiska, ale wrócił rozczarowany. Exupéry miał rację.
Mężczyźni byli tak spragnieni, że sięgnęli do apteczki, którą ze sobą nieśli. Mieli tam spirytus i jodynę. Niewiele myśląc pociągnęli po łyku spirytusu. O mało się nie udusili. Gdy złapali oddech, spróbowali tego samego z jodyną. Z podobnym skutkiem.

W samą porę
Ponieważ noc na pustyni jest mroźna, Saint-Exupéry zakopał się w piachu, a Prévot dreptał w kółko. Przetrwali jakoś do rana, a gdy wzeszło słońce, ruszyli dalej. Nie pocili się już, bo nie mieli czym. Przed ich oczami zaczynały tańczyć ogniki – znak zbliżającej się śmierci z pragnienia. Nagle obaj dostrzegli jadącego na wielbłądzie Beduina. Zaczęli krzyczeć, ten jednak ich nie usłyszał. Po chwili jednak pojawił się drugi. Ten ich zauważył. Skierował się ku nim.
Mieli szczęście. Trafili na człowieka pustyni, a nie na samą wodę. Beduin wiedział, że skrajnie odwodnionemu człowiekowi nie wolno dać od razu pić. Piórem rozchylił spieczone usta rozbitków i zaczął wcierać w nie tłuczoną soczewicę. Potem przyniósł nieco wody, ale pilnował, żeby każdy wypił tylko trochę. Dopiero później wsadził ich na wielbłąda i zawiózł do pobliskiej osady.
Ślady tej niebezpiecznej przygody pozostały w pamięci Saint-Exupéry’ego. Utrwalił je na kartach „Małego Księcia”, bo to właśnie on jest autorem tej słynnej książki.
« 1 »
oceń artykuł

Reklama

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    zosiaficek
    ostatnia aktywność: Dziś 14:18
    łączna liczba komentarzy: 23
  • 2
    Cybernat2000
    ostatnia aktywność: 23.02.2018
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 3
    kamiś
    ostatnia aktywność: 19.02.2018
    łączna liczba komentarzy: 54
  • 4
    Wiktoriakasińska
    ostatnia aktywność: 07.02.2018
    łączna liczba komentarzy: 4
  • 5
    nixom
    ostatnia aktywność: 05.02.2018
    łączna liczba komentarzy: 12