nasze media Najnowszy numer MGN 10/2017

Jarosław Sępek

dodane 05.07.2006 13:23

DZIECI Z ULIC KITWE

Po wieczornym filmie pora spać. Młodzi mieszkańcy domu wędrują do łóżek. Benson kładąc się mówi jeszcze cichym głosem – Moje motto to „utrzymać marzenie przy życiu”. Musi się udać…

Zapada noc. W ośrodku dla dzieci ulicy powoli milkną krzyki i wrzawa. Chłopcy układają się do snu. Ale nie wszyscy. Na piętrowym łóżku nade mną, nastoletni Mathew ciągle wpatrzony w książkę do angielskiego, pracowicie przepisuje do zeszytu ćwiczenia. Obok usiadł Benson, najstarszy z mieszkańców domu. Ma siedemnaście lat, mówi cichym głosem, nie ma w nim wiele energii, na świat patrzy czerwonymi szklącymi się oczami. W ośrodku jest już od 4 lat. Kiedy rozwiedli się jego rodzice, został z ojcem, ale nie mógł dogadać się z macochą. Uciekł do przyrodniej siostry, ale tam też nie znalazł zrozumienia. Uciekł po raz kolejny, by jako ośmiolatek trafić na ulicę. Trochę pracował i żebrał, włóczył się tak przez 3 lata, uzależniając się przy okazji od kleju i benzyny. Teraz mieszka w ośrodku. Chodzi do szkoły, do 12 klasy, jego ulubionym przedmiotem jest biologia, chce być lekarzem. Wreszcie może mieć marzenia.
Ale w szkole inni uczniowie śmieją się z niego od kiedy wyszło na jaw, że jest dzieckiem ulicy. Zmyślał na początku i opowiadał niestworzone historie, ale i tak się dowiedzieli gdzie mieszka i jaką ma przeszłość. Przytłamszony i przygnębiony, na swym szkolnym plecaku napisał białą farbą: „Traktuj mnie z szacunkiem”.

Potrzeba miłości

Znalazłem się w 900 tysięcznym mieście Kitwe na północy kraju, gdzie wydobywa się miedź, a w centrum miasta można zobaczyć hałdy jak na Śląsku. Przyjechałem na zaproszenie Jacka, młodego misjonarza z Polski, który prowadzi tu szkołę społeczną. Wcześniej zajmował się dziećmi mieszkającymi i pracującymi na ulicy, próbując zdobyć ich zaufanie, zaprzyjaźnić się, poznać ich problemy i pomóc wrócić do domów albo trafić do ośrodka, gdzie znajdą opiekę.
- Dzieci tutaj, jak wszędzie, potrzebują miłości – mówi Jacek - Rodzina nie jest tym samym co u nas. Dzieci mają dobry kontakt z rodzicami gdy są małe, potem więzi nieco się rozluźniają. Jest masa nieślubnych, są sieroty wychowywane przez wujków czy ciotki, są rozwody, zdrady, jest alkohol, przemoc domowa, bezrobocie, brak pieniędzy i perspektyw. Dzieci uciekają z domów. To jest najprostsze, pierwsza myśl, która przychodzi do głowy - ucieczka zamiast stawienia czoła problemom. Nie umieją sobie z nimi radzić, nikt ich tego nie uczy. Gdy giną pieniądze, gdy dostają lanie i są o coś oskarżane, po prostu uciekają. Trafiają na ulicę. I choć tam mogą zarobić pieniądze, jest to dla nich niebezpieczne.
Ich liczba ciągle rośnie, stałych mieszkańców ulic jest około sześćdziesięcioro, następne tyle to dzieci-przewodnicy niewidomych zajmujących się żebractwem. Kolejne dziesiątki mieszkają w domach rodzinnych, ale całe dnie spędzają na ulicy.

Ulica to złe towarzystwo, wykorzystywanie przez starszych, wąchanie kleju i benzyny.

Problem w tym, że niektórzy wcale nie myślą by wracać do domów, tutaj mają pieniądze. Najłatwiej jest żebrać małym dzieciom, ludzie dają chętnie. Gdy trochę dorosną, pojawi się zarost na twarzy – nikt już się nie lituje, ale wtedy można zacząć kraść, handlować albo się sprzedawać.
Jacek zna prawie wszystkich, którzy są tu dłużej. Czasem pozwala im zarobić niesieniem torby, robieniem zakupów, ale nigdy nie daje pieniędzy za darmo - To tylko pogarsza sytuację – mówi - Utrzymuje te dzieci na ulicy i sprawia, że nie chcą wracać ani do rodzin, ani iść do ośrodka.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Reklama

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    Fenkuł
    ostatnia aktywność: 19.10.2017
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 2
    Smutna_mala
    ostatnia aktywność: 11.10.2017
    łączna liczba komentarzy: 2
  • 3
    Prosiak
    ostatnia aktywność: 29.09.2017
    łączna liczba komentarzy: 3
  • 4
    wierzchowskijan49
    ostatnia aktywność: 26.09.2017
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 5
    OlaGuga
    ostatnia aktywność: 19.09.2017
    łączna liczba komentarzy: 1