Gdy zmywarka nie działa

dodane 18.05.2017 11:18

Rozmawiał Piotr Sacha

MGN 02/2017 |

O najważniejszym spotkaniu ze słowem Bożym oraz ministranckim brydżu opowiada Dariusz Kowalski, były ministrant z parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Siemiatyczach.

Gdy zmywarka nie działa   JAKUB SZYMCZUK /foto gość

Mały Gość: Czy instrukcja obsługi zmywarki może pomóc lektorowi?

Dariusz Kowalski: (śmiech) Rzeczywiście, zabrałem kiedyś na spotkanie z lektorami instrukcję obsługi zmywarki, bo miałem ją akurat pod ręką. Jeden z chłopaków czytał. Pozostali słuchali. Później zapytałem, czy już wiedzą, co trzeba zrobić z tą zmywarką.

Wiedzieli?

Nie za bardzo, bo ich kolega czytał niewyraźnie i zbyt cicho... „Wyobraźcie sobie – powiedziałem im – że musicie zainstalować taką zmywarkę. Jeśli nie zrozumiecie instrukcji, sprzęt nie będzie działać, może nawet zaleje wam mieszkanie. A słowo Boże to instrukcja obsługi życia”. Słowo Boże jest po to, żeby pokazywać drogę człowiekowi. Musi być więc zrozumiale przekazane!

Sprytne…

Zanim lektor przekaże słowo Boże innym, najpierw powinien je sam zrozumieć i przyjąć. Powinien porządnie się nim nakarmić, wchłonąć je w siebie. Jak czytamy w Księdze Ezechiela: „A On rzekł do mnie: »Synu człowieczy, zjedz to, co masz przed sobą. Zjedz ten zwój i idź przemawiać do Izraelitów!«” (Ez 3,1). I to jest wyraźna instrukcja dla lektorów. Przekazana z samej Góry! Jeśli w sercu lektora nie nastąpi spotkanie ze słowem Bożym, to tym bardziej nie nastąpi ono w sercu słuchającego.

Brzmi bardzo poważnie.

Bo posługa lektorska to poważne zadanie. Czy może być coś poważniejszego od sytuacji, gdy Bóg mówi do zgromadzonego przed Nim ludu? Lektor użycza przecież w tym momencie głosu samemu Bogu. Kiedyś miałem czytać na Mszy św. razem z pewnym chłopakiem. Wcześniej zapytałem go, które z czytań wybiera. On, nie zaglądając nawet do tekstu, że wszystko mu jedno. Albo poszedł czytać z marszu, jak ogłoszenia parafialne, albo przygotował się wcześniej w domu...

Służy Pan wciąż przy ołtarzu?

Ministrantem byłem w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Siemiatyczach. Dziś, gdy odwiedzam moją rodzinną parafię, to nogi same niosą mnie do zakrystii. (śmiech) Siła przyzwyczajenia. Po prostu zakładam komżę i służę. Jak dawniej.

Czy lektor Darek myślał o tym, żeby zostać aktorem?

Najpierw, żeby zostać księdzem… Jak pewnie co drugi ministrant! (śmiech) Tym bardziej że mieliśmy wspaniałego proboszcza, ks. prałata Józefa Horodeńskiego, byłego więźnia sowieckich łagrów, człowieka niezwykłej wiary, pokory i gorliwości. W tamtym czasie występowałem również w teatrze amatorskim, recytowałem. Bardzo to lubiłem. Mogę powiedzieć, że słowo zaprowadziło mnie do aktorstwa.

Co ministranci w Siemiatyczach robili po służbie przy ołtarzu?

Szkoła, dom, piłka, wyjazdy, oaza, rower, ryby, gitara, teatr… Pamiętam, jak w klasie maturalnej, a były to lata 80. i czas stanu wojennego w Polsce, grywaliśmy z kolegami ministrantami w brydża. Zdarzało się, że przegapiliśmy godzinę milicyjną, musieliśmy więc zostać u któregoś z kolegów i grać w brydża całą noc. (śmiech)

Czy ministrantura wpłynęła na to, kim jest Pan dzisiaj?

Na pewno wpłynęła. To było moje środowisko, no i moje religijne korzenie. To dzięki nim jestem świadomy tego, co dzieje się wokół mnie podczas Mszy Świętej. Jako ministrant poznałem liturgię i jej znaki. Liturgia przyciąga. Zwłaszcza starannie sprawowana. Kiedy potem zacząłem chodzić własnymi ścieżkami, w porę przypomniałem sobie moją „pierwotną miłość”. Jako młody chłopak nasiąkałem tą miłością przy ołtarzu.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Gdy zmywarka nie działa

dodane 18.05.2017 11:18

Rozmawiał Piotr Sacha

MGN 02/2017 |

O najważniejszym spotkaniu ze słowem Bożym oraz ministranckim brydżu opowiada Dariusz Kowalski, były ministrant z parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Siemiatyczach.

Gdy zmywarka nie działa   JAKUB SZYMCZUK /foto gość

Mały Gość: Czy instrukcja obsługi zmywarki może pomóc lektorowi?

Dariusz Kowalski: (śmiech) Rzeczywiście, zabrałem kiedyś na spotkanie z lektorami instrukcję obsługi zmywarki, bo miałem ją akurat pod ręką. Jeden z chłopaków czytał. Pozostali słuchali. Później zapytałem, czy już wiedzą, co trzeba zrobić z tą zmywarką.

Wiedzieli?

Nie za bardzo, bo ich kolega czytał niewyraźnie i zbyt cicho... „Wyobraźcie sobie – powiedziałem im – że musicie zainstalować taką zmywarkę. Jeśli nie zrozumiecie instrukcji, sprzęt nie będzie działać, może nawet zaleje wam mieszkanie. A słowo Boże to instrukcja obsługi życia”. Słowo Boże jest po to, żeby pokazywać drogę człowiekowi. Musi być więc zrozumiale przekazane!

Sprytne…

Zanim lektor przekaże słowo Boże innym, najpierw powinien je sam zrozumieć i przyjąć. Powinien porządnie się nim nakarmić, wchłonąć je w siebie. Jak czytamy w Księdze Ezechiela: „A On rzekł do mnie: »Synu człowieczy, zjedz to, co masz przed sobą. Zjedz ten zwój i idź przemawiać do Izraelitów!«” (Ez 3,1). I to jest wyraźna instrukcja dla lektorów. Przekazana z samej Góry! Jeśli w sercu lektora nie nastąpi spotkanie ze słowem Bożym, to tym bardziej nie nastąpi ono w sercu słuchającego.

Brzmi bardzo poważnie.

Bo posługa lektorska to poważne zadanie. Czy może być coś poważniejszego od sytuacji, gdy Bóg mówi do zgromadzonego przed Nim ludu? Lektor użycza przecież w tym momencie głosu samemu Bogu. Kiedyś miałem czytać na Mszy św. razem z pewnym chłopakiem. Wcześniej zapytałem go, które z czytań wybiera. On, nie zaglądając nawet do tekstu, że wszystko mu jedno. Albo poszedł czytać z marszu, jak ogłoszenia parafialne, albo przygotował się wcześniej w domu...

Służy Pan wciąż przy ołtarzu?

Ministrantem byłem w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Siemiatyczach. Dziś, gdy odwiedzam moją rodzinną parafię, to nogi same niosą mnie do zakrystii. (śmiech) Siła przyzwyczajenia. Po prostu zakładam komżę i służę. Jak dawniej.

Czy lektor Darek myślał o tym, żeby zostać aktorem?

Najpierw, żeby zostać księdzem… Jak pewnie co drugi ministrant! (śmiech) Tym bardziej że mieliśmy wspaniałego proboszcza, ks. prałata Józefa Horodeńskiego, byłego więźnia sowieckich łagrów, człowieka niezwykłej wiary, pokory i gorliwości. W tamtym czasie występowałem również w teatrze amatorskim, recytowałem. Bardzo to lubiłem. Mogę powiedzieć, że słowo zaprowadziło mnie do aktorstwa.

Co ministranci w Siemiatyczach robili po służbie przy ołtarzu?

Szkoła, dom, piłka, wyjazdy, oaza, rower, ryby, gitara, teatr… Pamiętam, jak w klasie maturalnej, a były to lata 80. i czas stanu wojennego w Polsce, grywaliśmy z kolegami ministrantami w brydża. Zdarzało się, że przegapiliśmy godzinę milicyjną, musieliśmy więc zostać u któregoś z kolegów i grać w brydża całą noc. (śmiech)

Czy ministrantura wpłynęła na to, kim jest Pan dzisiaj?

Na pewno wpłynęła. To było moje środowisko, no i moje religijne korzenie. To dzięki nim jestem świadomy tego, co dzieje się wokół mnie podczas Mszy Świętej. Jako ministrant poznałem liturgię i jej znaki. Liturgia przyciąga. Zwłaszcza starannie sprawowana. Kiedy potem zacząłem chodzić własnymi ścieżkami, w porę przypomniałem sobie moją „pierwotną miłość”. Jako młody chłopak nasiąkałem tą miłością przy ołtarzu.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |