nasze media Najnowszy numer MGN 12/2017

Piotr Sacha

|

MGN 11/2013

dodane 15.01.2014 15:11

Powołanie numer 39

Biegł 8 kilometrów, żeby służyć na Mszy. Po lekcjach, razem z innymi ministrantami, pomagał biednym.

C hociaż pierwsza lekcja zacznie się dopiero o dziewiątej, grupa uczniów zbiera się już o wpół do siódmej. Idą drogą, wołając kolegów: „Lirancza!”. W ich języku to znaczy: radujmy się i chodźmy razem. Razem biegną do szkoły. Osiem kilometrów... pod górkę. A wracać będą sprintem. Po drodze mogą spotkać lisy, dziki, hieny czy gepardy.

2 godziny, 31 minut

W takiej grupie w małej wiosce na południu Etiopii na lekcje biegał też ojciec Ashenafi. I nie tylko na lekcje, bo obok szkoły stał kościół. Nic więc dziwnego, że dziś jest maratończykiem. Ponad 42 kilometry pokonuje w 2 godziny i 31 minut. – Przez sześć lat byłem ministrantem w parafii prowadzonej przez ojców kapucynów – opowiada misjonarz ze zgromadzenia Misjonarzy Matki Bożej Pocieszenia. – W niedzielę służyłem do Mszy w białej albie, a w tygodniu, jako ministrant, miałem inne obowiązki. Razem z księdzem odwiedzaliśmy chorych albo pomagaliśmy biednym parafianom budować chaty. Pracowaliśmy też w polu u starszych ludzi, którzy nie mieli własnych dzieci – wspomina o. Ashenafi. – Służyliśmy też podczas Mszy w wioskach. A w naszej parafii było ich aż... 34! Najdalsza 70 kilometrów od kościoła. Jeździliśmy z księdzem samochodem – dodaje. W języku plemienia Kambata ministrant to „membere tabot agelgaj”, czyli „ten, który służy przy Najświętszym”. – Bo bycie ministrantem było wielkim wyróżnieniem, ale też wyzwaniem – uśmiecha się ojciec Ashenafi. – Przecież stałem przy Najświętszym!

Polska jak Mongolia

Gdy Ashenafi skończył 15 lat, wstąpił do grupy młodzieżowej. Tam częściej myślał o swoim powołaniu. – Ale ono rodziło się już wcześniej – opowiada. – Jako ministrant podziwiałem księdza, jego prosty styl życia i zaangażowanie, gdy pomagał ubogim – mówi dalej. – Już wtedy chodziłem za Jezusem… Widziałem Go w wioskach, w tych biednych, chorych czy umierających. Ashenafi otrzymał od Boga powołanie numer 39. To znaczy, że w historii parafii był 39. chłopakiem, który poszedł do seminarium duchownego. – Dziś jest już 88 powołanych – uśmiecha się misjonarz. Święcenia kapłańskie trwały aż pięć dni. Dwa dni później odebrał telefon. Dzwonił przełożony. – Gotowy wyruszyć na misję? – usłyszał. – Gotowy! – odpowiedział Ashenafi bez wahania. I pomyślał o niskich temperaturach w Mongolii, gdzie też był ich ośrodek. „Jedziesz do Polski” – usłyszał. – Przyleciałem 17 grudnia. A na lotnisku było minus 11 stopni. Pomyślałem: jednak wylądowałem w Mongolii – śmieje się kapłan.

Siedem imion

  Gdy się przedstawia, mówi zawsze: „Miłość, która zwycięża”. Bo tak można przetłumaczyć etiopskie imię Ashenafi. Ale ma więcej imion. Dokładnie... siedem. Nazywa się Ashenafi Yonas Abebe Shamalo Gityko Dylbato Dagoye. Pierwsze to jego własne imię. Kolejne to imię po tacie, potem po dziadku, pradziadku, prapradziadku... W jego plemieniu siedem imion otrzymują najstarsi synowie w rodzinie. To bardzo ważne, bo w tych imionach zapisana jest cała historia rodu. Kim był prapraprapradziadek Dagoye? Ashenafi wie o nim bardzo dużo. – Jego imię znaczy „Człowiek łagodnego serca”. Był bardzo ważną osobą w wiosce, takim przywódcą grupy. I wiele wymagał od innych – opowiada praprapraprawnuczek. – W Europie moim drugim imieniem jest imię taty, a nazwiskiem imię dziadka – uśmiecha się Ashenafi Yonas Abebe. Dziewięć języków Dziadkowi i babci, którzy należeli do Kościoła koptyjskiego, Ashenafi bał się powiedzieć, że zostanie księdzem katolickim. Pochwalił się tylko, że wyjeżdża na studia. Któregoś dnia przyszedł do dziadków z bukietem trawy, butelką domowego napoju i szklanką miodu. – Dziadek szybko mnie przytulił i pobłogosławił – opowiada misjonarz. – Bo w moim plemieniu wszystko należy sobie wybaczać. Trzeba mieć tylko odpowiednie symbole. Bukiet oznaczał, że jestem stąd, z tej ziemi. Napój mówił, że zawsze będę wierny rodzinnym tradycjom, a miód, że chcę być dobrym człowiekiem – wyjaśnia o. Ashenafi. Misjonarz z Etiopii od pięciu lat mieszka w Warszawie. Studiuje i często spotyka się z młodzieżą. Mówi doskonale po polsku. – Początki były tragiczne – wspomina. – Byłem męczennikiem polskiego i polskiej zimy – śmieje się. Zna też hiszpański, włoski i angielski. No i oczywiście etiopski, czyli amharski, i język swojego plemienia Kambata, i język sąsiedniego plemienia. – Po hebrajsku i grecku tylko czytam i piszę. Słabo mówię – stwierdza skromnie. W Etiopii ma cztery siostry i trzech braci. – Najmłodszy ma 12 lat. I oczywiście jest ministrantem – dodaje ojciec „Miłość, która zwycięża”.

« 1 »
oceń artykuł

Reklama

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    Eli31
    ostatnia aktywność: 09.12.2017
    łączna liczba komentarzy: 2
  • 2
    sebastiankoziol
    ostatnia aktywność: 05.12.2017
    łączna liczba komentarzy: 2
  • 3
    Marta135
    ostatnia aktywność: 29.11.2017
    łączna liczba komentarzy: 8
  • 4
    wojas004
    ostatnia aktywność: 03.12.2017
    łączna liczba komentarzy: 45
  • 5
    ezer_kenegdo
    ostatnia aktywność: 25.11.2017
    łączna liczba komentarzy: 16