nasze media Najnowszy numer MGN 10/2017

Joanna Bątkiewicz-Brożek

|

MGN 11/2013

dodane 15.01.2014 15:11

Dotknąć nieba

Jest piękny słoneczny dzień. Rolando bierze książki i biegnie do pobliskiego lasku. Śpiew ptaków i ciszę mąci jakiś szelest. To partyzanci. Jeden wyciąga broń i chce strzelać.

T o odważny młody człowiek, wiedział, dokąd iść, znał miłość Jezusa i oddał życie dla Niego – powiedział papież Franciszek o Rolando Rivi, którego 5 października w Modenie ogłoszono błogosławionym. Dlaczego papież dzisiejszym 14-latkom daje za wzór tego włoskiego chłopca?

Wierny przyjaciel

– Rolando, zdejmij tę sutannę! – Ale tato, co ja złego robię? – 11-letni Rolando odpowiada ze łzami w oczach. Wie, że tata mówi poważnie. Jeśli coś każe, to naprawdę nie ma żartów. – Synku, jeśli będziesz w sutannie chodzić po ulicach, zginiesz – błaga mama. Chłopak spogląda na krzyż wiszący nad łóżkiem rodziców. Spokojnie, ale pewnym głosem odpowiada: „Mamo, ale dlaczego mam ją zdjąć? To przecież znak, że należę do Jezusa! A to mój przyjaciel. Mam się Go wstydzić?”. Dlaczego właściwie nastolatek nosi sutannę? Bynajmniej nie przebrał się w strój kapłana. To nie była zabawa. Nic z tego. Jest 1942 r. Na świecie szaleje druga wojna. We Włoszech Niemcy i komunistyczni partyzanci robią wszystko, by zniszczyć to, co związane z Kościołem. Burzą świątynie, aresztują księży, zakonników. Za wiarę w Chrystusa ludzie oddają życie. W regionie Emilia Romagna, w północnej części Włoch, wierzący mają najgorzej. Wszędzie panuje strach. Bolonia, stolica regionu, znana z produkcji makaronów i najstarszej europejskiej uczelni, razem z Modeną i Reggio Emilia nazywane są nawet „trójkątem śmierci”. Rolando od dłuższego czasu uczył się w niższym seminarium duchownym. Grał do Mszy na organach i flecie. Pewnego dnia do budynku wpadli Niemcy. Grozili, że rozstrzelają wszystkich, jeśli natychmiast nie opuszczą tego miejsca. Zakazali noszenia sutann i habitów. Rolando wrócił do domu. Ale sutanny nie zdjął.

Łobuz albo święty

Rolando Maria Rivi urodził się 7 stycznia 1931 w San Valentino, niewielkiej wiosce. Jego rodzice, Roberto i Anna, byli bardzo pobożni. Cieszyli się, że ich Rolando wyrastał na bystrego i inteligentnego chłopca. „Albo będzie wielkim łobuzem, albo wielkim świętym!” – mówili o nim sąsiedzi. Bo Rolando, jeśli już coś robił, to na całego. Czy wtedy, gdy grał w piłkę, czy kiedy się uczył, czy wymyślał z kolegami zwariowane zabawy. Ale był też wyczulony na krzywdę innych. Codziennie robił dodatkową kanapkę, bo a nuż spotka jakiegoś żebraka. Miał nie tylko oczy, ale i serce wielkie i szeroko otwarte. Potrafił zauważyć i szczerze współczuć smutnym kolegom w szkole. Jego ciemne włosy, brązowe oczy i łobuzerski uśmiech podobały się pewnie niejednej dziewczynie. Ale rodzice najlepiej znali syna. Widzieli, że dużo się modlił. Czasem szedł do parafialnego kościoła, żeby sam na sam rozmawiać z Bogiem. Rolando miał 5 lat, kiedy został ministrantem. Zgłosił się, by o świcie służyć do Mszy św. Po Komunii św. i bierzmowaniu coś się w nim zmieniło. Przed każdym zachodem słońca odmawiał Różaniec. Kiedy podczas Mszy św. proboszcz ks. Olinto Mazzocchin podnosił chleb i wino, Rolando z zazdrością patrzył na ręce księdza. „Jakby dotykał nieba” – myślał chłopczyk. – „Chciałbym być jak on...”. – Mamo, tato, idę do seminarium! – oświadcza pewnego dnia Rolando. Jest październik, za oknem gaśnie zachodzące słońce. Państwo Rivi oniemieli. I choć szczęśliwi, przeczuwają, że to droga do śmierci.

W godzinie śmierci Jezusa

Jest wtorek, 10 kwietnia 1945 r. Jak każdego ranka Rivi wyruszają do pracy w polu. Rolando bierze książki i – jak zwykle w sutannie – biegnie do pobliskiego lasku piniowego, żeby się uczyć. Ma ze sobą Pismo Święte. Jest piękny słoneczny dzień. Śpiew ptaków i ciszę mąci jednak jakiś szelest. To partyzanci. Jeden wyciąga broń i chce strzelać. – Lepiej zabierzmy smarkacza ze sobą! – powstrzymuje go drugi. Brutalnie zdzierają z chłopca sutannę. Przez trzy dni biją go, torturują i zmuszają, by wyrzekł się wiary. Ledwie żywego prowadzą do lasu. Tam narzucają na niego podartą sutannę. – Klękaj! – krzyczy jeden z partyzantów – tak jak to robisz w tym swoim kościele! I śmiejąc się szyderczo, strzela. Kula trafia w czoło Rolando. Drugi strzał: kula trafia w samo serce. Chłopiec umiera. Jego podartą sutannę partyzanci zwijają i zaczynają zabawę. Rzucają między sobą jak piłką. Jest piątkowe popołudnie. Dzień i godzina śmierci Jezusa... „Wybaczam!” – pan Roberto Rivi cierpi, ale trzyma się kurczowo Boga. Jego ranę leczy odmawiana codziennie, nawet kilka razy, Droga Krzyżowa. Wokół grobu syna gromadzą się ludzie. Tak jest do dziś. Wielu, a szczególnie dzieci, wyprosiło przez Rolanda uzdrowienie z białaczki i innych ciężkich chorób. Wielu za przykładem 14-letniego męczennika znajduje drogę do Jezusa i zaprzyjaźnia się z Nim.

« 1 »
oceń artykuł

Reklama

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    Fenkuł
    ostatnia aktywność: 19.10.2017
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 2
    Mosiosława
    ostatnia aktywność: 10.10.2017
    łączna liczba komentarzy: 9
  • 3
    zzuzza
    ostatnia aktywność: 02.10.2017
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 4
    jad
    ostatnia aktywność: 17.09.2017
  • 5
    OlaGuga
    ostatnia aktywność: 19.09.2017
    łączna liczba komentarzy: 1