nasze media Najnowszy numer MGN 01/2018

Piotr Sacha, Adam Śliwa

|

MGN 11/2012

dodane 18.10.2012 09:55

Uczą mnie lepszej strony życia

Każda ich wizyta to dla dzieci wielka radość. Zapytaliśmy wolontariuszy, czym dla nich są spotkania z chorymi.

  Jakub Szymczuk/GN Anna Siwek-Gadoś
wolontariuszka w hospicjum dla dzieci w Warszawie

Od dłuższego czasu tliła się w mnie iskierka pomagania potrzebującym. Myślałam nawet, by wyjechać na misje, ale moje życie potoczyło się inaczej.
Na samym początku mojego wolontariatu, razem z kapelanem pojechaliśmy do ciężko chorego chłopca. Gdy tylko wróciliśmy, przyszła wiadomość: chłopiec zmarł. To było dla mnie bardzo mocne przeżycie. Teraz, po kilku latach mogę powiedzieć, że wbrew pozorom, hospicjum nie jest smutnym miejscem. Uśmiech ciężko chorych jest najlepszą nagrodą, a ja czuję się potrzebna.
 

 

 

  Roman Koszowski/GN Daniel Błaszczyk
Wolontariusz Fundacji Iskierka w Warszawie

Razem z czwórką podopiecznych z naszej fundacji i ich rodzicami pojechaliśmy w tym roku na Mazury, na obóz „Iskierka pod Żaglami”. Uczyliśmy się żeglarstwa, śpiewaliśmy, sporo rozmawialiśmy. Tak, jakby to były zdrowe dzieci. W ogóle nie myślałem o ich ciężkiej chorobie. Może one też na chwilę zapomniały o szpitalnym łóżku?... Podczas tych wakacji dowiedziałem się też czegoś o sobie. Poczułem, że nie tylko moje sprawy są ważne, ale bardzo ważne jest dla mnie robienie czegoś dla innych.
 

 

 

  Archiwum własne Sabina Ledwig
Wolontariuszka w Domowym Hospicjum dla dzieci w Opolu

Najważniejszym wydarzeniem, takim momentem przełomowym w moim życiu, była śmierć pięcioletniej Ani. Opiekowałam się nią przez 5 lat. Cały czas byłyśmy razem. Gdy zmarła, najpierw był we mnie bunt, jak zawsze, gdy umiera dziecko. Ale potem przekonałam się, że ona zaczęła coś, co ja powinnam kontynuować. I założyłam własną grupę wolontariuszy. I od 10 lat pomagamy chorym na nowotwory.
Ania nauczyła mnie lepszej, bardziej wartościowej strony życia. Nauczyła, jak czerpać radość z każdej chwili i z radością patrzeć na ludzi.
 

  Archiwum własne Bartłomiej Ast
Wolontariusz Fundacji „Krwinka” w Łodzi

Pierwszy raz na oddziale onkologii dziecięcej pojawiłem się dwa lata temu, jako... św. Mikołaj. Chore dzieci siadały mi na kolanach. Mówiły, czy były grzeczne i jakie chcą prezenty. Widziałem, jak przeżywają spotkanie z kimś, kto chce z nimi rozmawiać, bawić się z nimi.
Był tam też 17-letni chłopak. Dobrze się z nim rozmawiało. Trzy tygodnie później dowiedziałem się, że zmarł. Byłem podłamany. „Może jestem za słaby na takie spotkania?” – pomyślałem, ale tylko przez chwilę. Potem już miałem pewność. Dzięki spotkaniom w szpitalu stałem się silniejszy. I jeszcze coś. Kiedyś wydawało mi się, że moje problemy są największe na świecie. W szpitalu zrozumiałem, że tak nie jest. Zresztą, nie ma takich trudności, których nie dałoby się pokonać.
 

« 1 »
oceń artykuł

Reklama

Najaktywniejsi użytkownicy

  • 1
    kubak0988
    ostatnia aktywność: 12.12.2017
    łączna liczba komentarzy: 3
  • 2
    zosiaficek
    ostatnia aktywność: 13.12.2017
    łączna liczba komentarzy: 1
  • 3
    kamiś
    ostatnia aktywność: 08.11.2017
    łączna liczba komentarzy: 32
  • 4
    Eli31
    ostatnia aktywność: 09.12.2017
    łączna liczba komentarzy: 2
  • 5
    sebastiankoziol
    ostatnia aktywność: 05.12.2017
    łączna liczba komentarzy: 2